Tartarox to od zawsze ojczyzna minotaurów, demony trafiły tam za karę i wcale im się tam nie podoba. Jedni i drudzy poszukują od wieków sposobu na odwrócenie klątw, które na nimi zawisły. Minotaurowie zostali „zawieszeni" w czasie, demonom odebrano...
Ups! Ten obraz nie jest zgodny z naszymi wytycznymi. Aby kontynuować, spróbuj go usunąć lub użyć innego.
Domostwo demonów pełne było ciemnych kątów, w których czaił strach. Póki się w nie nie zajrzało, żeby przekonać się, że w rzeczywistości pełne są jedynie kurzu, pajęczyn i działających na wyobraźnię cieni.
W bibliotece spędzałam sporo czasu a jednak nigdy nie zauważyłam tu niczego osobliwego, tymczasem okazało się, że jedno z tych tajemniczych, budzących ściskający za gardło lęk, miejsc znajdowało się cały czas w zasięgu moich rąk. Prawie w zasięgu, bo nawet wielki Rigel musiał nieźle wyciągnąć swe długie łapsko, żeby sięgnąć do właściwej półki. Sama pewnie nieprędko bym odkryła istnienie tych niesamowitych drzwi ukrytych za niczym nie wyróżniającym się regałem.
Widok naprawdę był niesamowity. Całe ogromne skrzydło pokryte było płaskorzeźbą przedstawiającą skłębione ciała, twarze wykrzywione w niemych krzykach, ludzkie kości, czaszki i węże. Nie było żadnych innych ozdób, złotych płytek, czy szlachetnych kamieni, których nie brakowało przy zdobieniach większości przedmiotów w tym domu. Drzwi wiodące do podziemi wykonano wyłącznie z ciemnego, niemal czarnego drewna, rzeźbionego i wypolerowanego do połysku. Jedynym dodatkiem były okucia przy zawiasach, z metalu poczerniałego ze starości.
Nie pozwolił mi ich dotknąć, chociaż świerzbiły mnie palce i chciałam poczuć pod opuszkami fakturę materiału. Przez chwilę obaj z Antaresem mamrotali jakieś formułki. Podobno „odbezpieczające" te niesamowite wrota. W końcu one uchyliły się same, bez udziału kogokolwiek. Tak to przynajmniej wyglądało, a my znaleźliśmy się na klatce schodowej wiodącej w głąb ziemi. Powietrze tu miało osobliwą, ostrą woń. Czuć je było siarką. A schody z pewnością wiodły do samego piekła.
Schody wiły się spiralnie po ścianie wielkiej studni, której dna nie było widać, za to jej głębia przyprawiała o zawrót głowy. Żeby odwrócić uwagę od przerażającej mnie przepaści próbowałam liczyć stopnie, lecz szybko straciłam rachubę. Ostatecznie nie dotarliśmy na sam dół, ponieważ wcześniej zostałam wciągnięta w jeden z otwierających się po bokach korytarzy.
To był istny labirynt. Korytarze krzyżowały się, skręcały to w prawo to w lewo. Raz były wąskie, raz szerokie, czasem było w nich duszno, a powietrze cuchnęło zgnilizną, w innych czuć było świeży, chłodny powiew. W większości jednak panowała wysoka, temperatura, przez co czułam się jakbyśmy wchodzili do gigantycznego pieca. Gdybym nagle została tu sama, byłabym zgubiona. Nigdy nie znalazłabym drogi do wyjścia.
Z pęknięć w skalnych ścianach i w podłożu sączył się zółtoczerwony blask, rozjaśniający ciemność do półmroku. Wystarczające światło, by widzieć drogę przed sobą. Chwilami miałam wrażenie, że oprócz nas jest tu coś jeszcze, co obserwuje nas łakomym wzrokiem. Gdzieś z tyłu dobiegały głosy. Przypominały rzucane szeptem uwagi, złośliwe chichoty. Spojrzałam w bok i na ścianie, czy raczej w ścianie, zauważyłam płonące oczy, które zamknęły się i znikły natychmiast, gdy spoczęły na nich moje źrenice. Ale i tak wrażenie było tak nieprzyjemne, że odruchowo szarpnęłam się zdjęta nagłą chęcią ucieczki dokądkolwiek. Rigel jednak był przygotowany na taką ewentualność, bo mocno trzymał mnie za rękę i tylko bardziej zacisnął palce, gdy próbowałam się wyrwać.