Tartarox to od zawsze ojczyzna minotaurów, demony trafiły tam za karę i wcale im się tam nie podoba. Jedni i drudzy poszukują od wieków sposobu na odwrócenie klątw, które na nimi zawisły. Minotaurowie zostali „zawieszeni" w czasie, demonom odebrano...
Ups! Ten obraz nie jest zgodny z naszymi wytycznymi. Aby kontynuować, spróbuj go usunąć lub użyć innego.
Z trudem powstrzymałem się od śmiechu, patrząc na jej minę i zbieżnego zeza jakiego zrobiła, kiedy podsunąłem jej dwa kąski pod nos. Ale śmiech, śmiechem, a musiałem zadbać o to, żeby jutro była na nogach. Nie miałem najmniejszego zamiaru targać jej do samego domu, jeśli więc zajdzie potrzeba wepchnę jej to mięso w gardło choćby przemocą. Choć nie ukrywam, że chętnie wepchnąłbym zupełnie inne mięso i w inne jej miejsce, no ale... Okoliczności wymagały bym uzbroił się w cierpliwość.
Stłumiłem wesołość, przywołałem płomienie w spojrzeniu i ostrzegłem lodowatym tonem:
– Zjesz, bo grzecznie proszę. A jeśli nie, nakarmię cię. I to nie będzie przyjemne, wierz mi.
Spojrzała na mnie z determinacją i mocniej zacisnęła usta. Nie dość, że pyskata to jeszcze uparciuch.
– Kaysano? – Uniosłem brwi i potrząsnąłem lekko mięsem. – Czekasz, aż zacznie śmierdzieć? Na twoim miejscu wolałbym jednak świeże.
Zamknęła oczy i w końcu lekko rozchyliła wargi. Teraz kiedy błoto nie tłumiło jej zapachu... Ech, otrząsnąłem się z myśli o tym, co chciałbym z nią zrobić a skupiłem się na tym, co muszę i szybciutko wcisnąłem jej kąski do ust razem z czubkiem kciuka. Objęła go wargami i połaskotała koniuszkiem języka. Mała diablica. A tak niewinnie wyglądała. Jakbym nie wiedział, że jako wybrana Ofiara była nietknięta, to chyba bym nie uwierzył, że faktycznie taka jest.
Znów zrobiło mi się niewygodnie. Odwróciłem wzrok, zabrałem rękę i pośpiesznie wyciąłem kolejne dwa kawałki z drugiej wiewiórki. Wsadziłem jej to w garść.
– Masz zjeść to wszystko. Więcej nie ma i to musi wystarczyć.
– Sałe szszęście – wybełkotała z pełnymi ustami. Wyglądała jakby za chwilę miała zwymiotować, a mięso rosło jej w ustach.
Wzruszyłem ramionami i zająłem kolejną rzeczą, której nie mogliśmy odpuścić, mianowicie jej stopy. Musiałem sporządzić coś w rodzaju maści. Potrzebowałem do tego gliny i... własnych płynów, ponieważ wszystkie zawierały enzymy przyspieszające regenerację.
Obserwowała mnie nieufnie, kiedy mieszałem roztartą na proszek glinę z krwią i śliną. Uzyskawszy odpowiednią konsystencję usiadłem przed nią i poklepałem dłonią swoje udo:
– Dawaj nogi.
Oczywiście zamiast posłuchać przyciągnęła je do siebie i objęła ramionami.
– So chsesz zrobiś? – Wciąż przeżuwała te cztery marne kawałeczki mięsa. Pocieszające było jedynie, że ostatecznie je zjadła i była szansa, że jutro nie zemdleje mi z głodu.
– Obgryzę je sobie, bo też jestem głodny – zakpiłem sobie. – No dawaj. Noc upływa, a trzeba jeszcze trochę odpocząć.