Ablehnen

7K 334 160
                                        

Wstałam dziś bardzo wcześnie. Szybko się ubrałam i wyszłam z domu. Postanowiłam, że przed pracą pójdę jeszcze na spacer. Pogoda była piękna. Słońce świeciło, a niebo było bezchmurne. Idąc dziś ulicami Warszawy zaczęłam dostrzegać jak piękne jest wszystko dookoła. Mimo tego, że na ulicach roiło się od niemieckich żołnierzy świat wydawał mi się dziś tak piękny. Szłam zamyślona patrząc wszędzie dookoła tylko nie przed siebie. Nagle w kogoś uderzyłam. Zatoczyłam się do tyłu i już miałam upaść, gdy poczułam czyjeś dłonie w talii. Tajemniczy mężczyzna pomógł mi wstać i uśmiechnął się serdecznie.

- Przepraszam, moja wina - zaśmiał się.

- Nie, nie, to ja nie patrzyłam przed siebie - zarumieniłam się i opuściłam wzrok. Stał przede mną nie kto inny jak porucznik Gestapo. Nie widziałam go jeszcze nigdy, lecz w tym momencie przykuł mój wzrok. Był niesamowicie przystojny. Miał włosy koloru ciemnego blondu, bladoniebieskie oczy, prosty nos i kształtne usta, które w tym momencie rozciągnięte były w zmieszanym uśmiechu.

- Spacer przed pracą? - spytał przyjemnym tonem mężczyzna.

- Skąd pan wie, że mam pracę? - byłam zaskoczona. Nigdy nie widziałam tego człowieka.

- Widziałem panią w kawiarni, tej pięć minut stąd - odpowiedział wciąż się uśmiechając. Miał miły, wesoły uśmiech. Człowiek nie chciał by kiedykolwiek zszedł mu z twarzy. - Czuję się niezręcznie z tym całym pani, pan... Heinrich Fischer, miło mi.

- Wanda Starska - przedstawiłam się nieśmiało. Czułam się bardzo skrępowana. Mężczyzna był tak przystojny, że przebywanie w jego towarzystwie przynosiło stres.

- Może odprowadzę cię do kawiarni? Po drodze zatrzymalibyśmy się tylko przy biurze SS, muszę porozmawiać z pewną osobą - zaproponował porucznik. Patrzył na mnie z nadzieją w oczach, a ja nie mogłam mu odmówić. 

- Bardzo chętnie - uśmiechnęłam się i ruszyłam ulicą u boku mężczyzny. Podczas spaceru rozmawialiśmy o wszystkim i o niczym. O tym jak lubię moją pracę w kawiarni, o śmiesznych sytuacjach z klientami. Rozmowa kręciła się głównie wokół mnie. W pewnym momencie poczułam, że Heinrich wie o mnie już chyba wszystko, a ja o nim niewiele.

- A co ty robisz w pracy? - spytałam zapominając o tym, że jeszcze niedawno rozpoznałam po jego mundurze kim jest. Na wspomnienie o jego zawodzie uśmiech porucznika trochę zrzedł

- Pracuję w Gestapo. Wolałbym nie mówić o tym co każą mi robić... - powiedział cicho. - Tak między nami, nie jestem jednym z tych radykałów uważających Żydów za zło. Sam osobiście nie do końca rozumiem o co w tym wszystkim chodzi. Rozpoczęliśmy wojnę z ludźmi, którzy nie zrobili nic złego, a przypisujemy im same najgorsze cechy, traktujemy jak zwierzęta. W tym wszystkim nie widzimy tego, że tak na prawdę przez to wszystko, my stajemy się zwierzętami. 

To co powiedział mężczyzna przywiodło mi na myśl to co powiedział wczoraj Thomas. Bałam się o niego. Bałam się, że zrobi coś czego nie będę w stanie mu wybaczyć. Ten Niemiec, którego właśnie poznałam był jego całkowitym przeciwieństwem. Podczas gdy tak rozmyślałam dotarliśmy do budynku SS. Przy drzwiach stał nie kto inny jak właśnie Thomas Engel. 

- O, jesteśmy. Zamienię tylko słówko z majorem i już wracam - mrugnął do mnie Heinrich i ruszył w stronę mojego Thomasa. Mężczyzna właśnie mnie zobaczył. Spojrzał na mnie, potem na Fischera. Zobaczyłam na jego twarzy zakłopotanie, które po chwili zostało zatarte przez niemy gniew. Chciałam obserwować jak przebiega spotkanie, lecz ktoś mnie zaczepił. Była to moja dawna sąsiadka, Maria. Była w moim wieku i przed laty mieszkała koło mnie i moich rodziców. Zawsze dobrze się dogadywałyśmy. Po jej przeprowadzce kontakt urwał się.

- Witaj Wando - usłyszałam jej głos za plecami. Odwróciłam się w jej stronę i uśmiechnęłam się.

- Marysiu, jak ja cię dawno nie widziałam - cieszyłam się widząc ją po tak długim czasie. 

- Ja cię też. Widzę, że w międzyczasie zaczęłaś zadawać się ze Szkopami - powiedziała to na tyle głośno, że wszyscy ludzie na ulicy odwrócili się w naszą stronę. Na moje nieszczęście, również Thomas i Heinrich. Warszawiacypatrzyli na nas z ciekawością, natomiast Niemcy obrzucali mnie pytającymi spojrzeniami.

- Marysiu, to nie jest tak jak myślisz...  - wydukałam zaskoczona jej słowami.

- Szłam za tobą i tym Niemcem całą drogę. Wydaje mi się, że dobrze się z nim bawiłaś... Wiesz co ten twój Szkop robi? Katuje ludzi przy Szucha (ulica w Warszawie, przy której znajdowało się więzienie i sala przesłuchań Gestapo) - wypluwała z siebie słowa, jakby były jadem. Byłam w ciężkim szoku. Nie miałam pojęcia co odpowiedzieć. Bronić się czy po prostu uciec? Wiedziałam, że druga opcja nie wchodzi w grę, ponieważ moje nogi były teraz jakby z cementu. Usłyszałam za sobą charakterystyczne stukanie wojskowych butów i już po chwili po obu moich stronach stali Niemcy. Wiedziałam co ludzie sobie o mnie pomyślą. 

- Dobrze ci radzę, żebyś zostawiła tą dziewczynę w spokoju - powiedział Thomas zdecydowanym głosem.

- ,, Tą dziewczynę''?  Z tobą pewnie też się puszcza - wysyczała Maria patrząc na mnie z obrzydzeniem. Czułam łzy w oczach. Nie wiedziałam co mam robić. Bałam się też, że Thomas znów straci kontrolę, jak w przypadku Stasia. Ludzie na ulicy zamarli, nikt nie wypowiedział ani słowa. 

- Słyszałem twoje przemyślenia na temat zajęć porucznika Fischera. Dlaczego nie przekonasz się na własnej skórze? - Thomas był potwornie zły. - Poruczniku, proszę zabrać tą panią na Szucha. Zarzuty; wprowadzanie zamętu, obrażanie majora i podburzanie narodu.

Heinrich spojrzał na mnie zmartwiony. Odwróciłam wzrok nie chcąc patrzeć na to co miało się wydarzyć za chwilę. Mogłam coś zrobić, coś powiedzieć. Ale ja tylko stałam patrząc w inną stronę, udając, że nic się nie dzieje. Usłyszałam jak porucznik salutuje. Maria szarpała się i wykrzykiwała w moją stronę wyzwiska. Wiedziałam że łzy spływają mi po policzkach, a ja nie potrafiłam ich zatrzymać. Na ramieniu poczułam dłoń Thomasa.

- Wszystko w porządku? - słyszałam troskę w jego głosie, lecz nie miałam siły odpowiedzieć. Ruszyłam biegiem w stronę kawiarenki. Słyszałam jeszcze jak mnie woła, lecz zignorowałam to. Przebiegłam kawałek znikając mu z pola widzenia i zwolniłam. Szłam teraz powoli. Ludzie patrzyli na mnie z obrzydzeniem. Słyszałam co o mnie szeptali. 

- Ze Szkopami się zadaje... Żałosne i obrzydliwe.

- Zdrajczyni.

Szłam naprzód próbując powstrzymać łzy cieknące po moich policzkach. Zatrzymałam się dopiero przy kawiarni. Otworzyłam drzwi i ubrałam fartuch. Otarłam twarz z łez i poprawiłam włosy. Teraz już wszystko będzie dobrze, wszystko. Usiadłam w oczekiwaniu na klientów. Po około dziesięciu minutach do kawiarni weszła pierwsza osoba. Był to mały chłopczyk, około pięcioletni.

- Dzień dobly - chłopiec seplenił. - Poplosę ciastko z japkiem

Przywołałam na twarz sympatyczny uśmiech i sięgnęłam w stronę talerza z ciasteczkami. Do sklepu weszła jakaś kobieta, chyba matka chłopca. Obrzuciła mnie krytycznym spojrzeniem, jakby gdzieś mnie już widziała. Wzięła chłopca za rękę i poprowadziła ku wyjściu.

- Jasiu, ciastko kupimy gdzie indziej. Nie będziemy nic kupować od tej pani.

- Ale dlaczego, mamusiu? - chłopiec był najwyraźniej bardzo zdziwiony.

- Bo ta pani zadaje się ze złymi panami w mundurach - odpowiedziała synowi kobieta wyprowadzając go z kawiarni. Na pożegnanie obrzuciła mnie jeszcze zdegustowanym spojrzeniem, które sprawiło, że poczułam się słabo. Oparłam się o ladę i zwiesiłam głowę. Myślałam, że gorzej być nie może. Ale nie wiedziałam, że to dopiero początek...

Die Order [zakończone]Opowiadania do pokochania. Odkryj je teraz