Obudził mnie piękny dźwięk, dopełniony pięknym widokiem.
Gerard siedział po turecku na krześle, oświetlony promieniami zimnego, listopadowego słońca - najwyraźniej pogoda postanowiła być dziś łaskawa dla świata. Jego czerwone włosy niemal błyszczały, ułożone w artystycznym nieładzie.
Miał przymknięte oczy, a długie rzęsy rzucały cień na jego policzki. Trzymał starą gitarę, brzdąkając na niej cicho pojedyncze dźwięki.
- ...and if you maybe find a better way... to love me then... you are all to blame...
Przeszedł mnie przyjemny dreszcz. Piosenka była przejmująco smutna, tak samo jak jego głos, a twarz wyrażała tyle emocji, że nie mogłem przestać się w niego wpatrywać.
Ściskał mocno gryf gitary, zaciskając powieki, marszcząc lekko brwi i unosząc delikatnie głowę, by łatwiej było mu śpiewać.
- 'cause all the angels say oooh... oooh... you are all to blame...
Przetarłem oczy bardzo powoli, by nie zestresował się moim nagłym ruchem. Bałem się, że przestraszę go jak ćwierkającego na oknie wróbla.
Jego głos był lekko zachrypnięty, ale wkładał w tę kameralną twórczość całego siebie, co bardzo mi zaimponowało.
- 'cause all the angels say oooh... oooh... you are all to blame.
Uniósł powieki zakończywszy piosenkę i zerknął na mnie.
- Nie śpisz - stwierdził.
- To twoja piosenka?
Zaśmiał się cicho, kręcąc głową. Najwyraźniej rozbawiła go moja ciekawość, przez którą nie zareagowałem na jego wcześniejsze słowa.
- Tak, jest moja.
Pokiwałem głową i usiadłem na łóżku. Nie słyszałem całości, ale piosenka mi się spodobała i najchętniej poprosiłbym go, żeby zagrał ją jeszcze raz. Mimo to dobił mnie trochę, moje teksty i głos nie były tak dobre... Nie potrafiłem też grać na gitarze.
- Może ty też mi coś zagrasz?
Cholera.
- Mimo, że nie jestem twoim przyjacielem - zaśmiał się serdecznie.
- Chciałbym... Ale nie potrafię grać.
Uśmiechnąłem się krzywo po tym wyznaniu, spodziewając się wyśmiania. Way jednak uśmiechnął się do mnie i usiadł na łóżku.
- Mogę Cię nauczyć, jeśli chcesz.
Zaczerpnąłem łapczywie powietrza słysząc jego słowa. Oczywiście, że chciałem, to było jedno z moich największych marzeń. Czułem się tak, jakby niczym rentgen przejrzał mnie na wylot.
- Ale po szkole. Jestem już spóźniony - powiedział i odstawił instrument z namaszczeniem na stojak. Musiał być dla niego bardzo ważny.
*****
Wiecie jak to jest, gdy pożyczycie ubrania od chłopaka ze starszej klasy, który jest od was wyższy i większy, ponieważ nie zdążycie wrócić do domu po nocy u niego, by zabrać własne ciuchy, gdyż inaczej spóźnicie się do szkoły, a tego matka wam nie wybaczy?
Ja wiem. I właśnie zmierzałem w stronę szarego budynku szkoły, obok pijącego kawę Gerarda, w jego przylegających spodniach, które musiałem mocno podwinąć, jego koszulce przesiąkniętej zapachem perfum, cieplej bluzie i, co najgorsze, w jego bieliźnie. Przysięgał mi, że jest niemal nowa i miał ją tylko dwa razy, a ja zgodziłem się tylko dlatego, że moją nosiłem już drugi dzień pod rząd.
Gdy weszliśmy do budynku rozejrzałem się nerwowo, mając wrażenie, że cała szkoła wie już o tym, że spałem w jednym łożku z przytulonym do mnie chłopakiem.
- W piątek wieczorem widzimy się na naszych pierwszych zajęciach, Iero - powiedział Gerard udając, że gra coś na niewidzialnej gitarze i zniknął między szafkami. - Szanuj rzeczy!
Usłyszałem jeszcze, zanim ktoś mnie szturchnął.
- Fajna bluza, Frank.
Odwróciłem się w stronę Kurta, mając nadzieję, że nie widział jak wchodzę do szkoły u boku Way'a.
- Ta...
Rzeczywiście, nowiutka bluza z logo Misfits była marzeniem zarówno moim, jak i Kurta, a teraz ja miałem ją na sobie, w dodatku tę jedną jedyną należącą do Gerarda Way'a.
- Gdzie Larry? - zapytałem szybko, czując się jeszcze gorzej niż przy czerwonowłosym podczas naszego pierwszego spotkania.
- Myślałem, że jest z tobą.
Przełknąłem głośno ślinę. Co, jeśli Larry nie przyjdzie dziś do szkoły? W końcu wczoraj prawie uderzyłem Kurta w twarz, choć ten zdawał się o tym zapomnieć.
- Gdzie byłeś wczoraj? Nie mów, że poszedłeś gdzieś z Way'em - ciemnowłosy wypluł z niesmakiem nazwisko mojego starszego kolegi.
Wzruszyłem lekko ramionami mówiąc, że musiałem szybko wrócić do domu, żeby matka się nie zdenerwowała. Nie byłem przekonany co do tego, czy powinienem mówić Kurtowi, że spotkałem się z Gerardem - mój przyjaciel najwyraźniej go nie lubił, a ja bynajmniej nie chciałem go denerwować.
Zapadła między nami niezręczna cisza, na szczęście z opresji uratował mnie blondyn, rzucający mi się na szyję.
- Franuś! Już myślałem, że coś ci jest! Nawet zadzwoniłem, ale twoja mama powiedziała, że nie ma cię w domu - wydyszał Larry, a mnie aż zmroziło.
Kurt tylko zmierzył mnie wzrokiem, ale nie odezwał się ani słowem.
CZYTASZ
Drowning lessons
FanfictionKażdy ma czasem gorszy dzień. Niewyobrażalnie zły humor, pecha krążącego nad głową jak wielka chmura burzowa. Ten feralny piątek był właśnie takim dniem. Jedynym promykiem słońca, który przebił się przez chmurę złych zdarzeń, był Gerard Way, który u...
