Po powrocie do szkoły czasu na próby zaczęło brakować. W tym roku Gerard i Ray musieli zmierzyć się z egzaminami końcowo-rocznymi, a do maja z każdym dniem było coraz mniej czasu.
Way musiał robić za dwóch, by zaliczyć rok zawalony przez śmierć matki i brata oraz by nauczyć się wystarczająco dobrze na testy. Marzenia o studiach odżyły w nim na nowo i był niesamowicie zdeterminowany, by dostać się na uniwersytet artystyczny.
Byłem z niego bardzo dumny i cieszyłem się, gdy widziałem go ślęczącego po nocach nad książkami - to był o wiele lepszy widok, niż mój ukochany chłopiec, zapłakany i smutny, leżący bez życia w łóżku.
Każdą niedzielę poświęcaliśmy na wspólne próby. Udało nam się nauczyć dwóch prostych piosenek znanych popowych artystów, z czasem zaczęliśmy ożywiać słowa i nuty spisane przez Gerarda na kartkach.
Pewnego wieczoru czerwonowłosy namówił mnie, bym pokazał mu moje piosenki. Wstydziłem się, ale jemu trudno było się oprzeć. Tak też zarwaliśmy noc, starając się sklecić coś wspólnie i, o dziwo, udało nam się.
– Dodałbym jeszcze coś od siebie. Mogę dopisać? – zapytał Ray po odczytaniu piosenki stworzonej zeszłej nocy przeze mnie i Gerarda.
– Tak, w końcu ma być wspólna – odparłem.
Ciemnowłosy pochwycił kartkę i spisał na niej kilka słów, po czym podał ją Larry'emu.
Blondyn był lekko przerażony, dłonie mu się trzęsły, gdy czytał uważnie tekst.
Potem jakby nagle się uspokoił, zmarszczył brwi i przygryzł wargę. Patrzyliśmy na niego uważnie, ale nie zwrócił na to uwagi.
– Mogę coś do pisania?
Larry, nie podnosząc nawet wzroku znad kartki, wyciągnął dłoń w stronę Raya, który bez zastanowienia podał mu ołówek.
– Jest kilka błędów ortograficznych – rzucił tylko blondyn.
Spojrzeliśmy na sobie z Gerardem, a ja niemal wybuchnąłem śmiechem.
Tak, to zdecydowanie był mój Larry, którego znałem od dziecka i którego uwielbiałem po dziś dzień.
*****
Maj zbliżał się wielkimi krokami, jednak po drodze był też kwiecień, a wraz z nim urodziny mojego chłopca.
Dziewiąty kwietnia wypadał akurat w sobotę - dzień, w którym Gerard stawał na rzęsach, by pochłonąć jak najwięcej wiedzy i nic, absolutnie nic nie było w stanie oderwać go od książek.
Oczywiście, oprócz Raya, siłą wynoszącego go z domu, by mimo głośnych protestów i wymachiwania rękoma wsadzić go na tylne siedzenie Volvo, przypiąć ciasno pasami, a następnie zawieść do drewnianego domku ukrytego między drzwiami.
Miał minę obrażonego małolata, gdy jego przyjaciel otworzył przed nim drzwi, ukazując uroczo przystrojone wnętrze domku, a na środku mnie i Larry'ego, trzymających rozpływający się od ciepła panującego w środku tort.
– Wszystkiego najlepszego!
Gerard wzruszył się bardzo, ale za wszelką cenę starał się to ukryć. Przecierał łzy z policzków i mrugał często, gdy dziękował nam za to, że pamiętaliśmy.
Pochwalił nawet tort, który zrobiłem dla niego własnoręcznie, choć byłem kompletnym beztalenciem, jeśli chodzi o pieczenie czy gotowanie.
Dobrze spędzaliśmy czas, śmiejąc się, żartując i rozmawiając, ale tego ważnego dnia pragnąłem mieć Gerarda tylko dla siebie. Chciałem, żebyśmy choć na chwilę zostali sami.
Taka chwila nastąpiła, gdy Larry i Ray postanowili skorzystać z pięknej pogody i ruszyli w stronę jeziora, by wskoczyć do przyjemnie chłodnej wody.
Obserwując ich z pewnego oddalenia, usiedliśmy z czerwonowłosym pod jednym z drzew blisko naszej kryjówki.
Way poklepał delikatnie swoje uda, a ja natychmiast skorzystałem i zająłem miejsce na jego kolanach.
Miałem teraz idealny widok na zapalającego papierosa Gerarda, mogłem napawać się nim do woli.
– Nie chcesz iść do nich? – zapytał łagodnie.
Pokręciłem przecząco głową i schowałem twarz w jego ciepłej szyi, zaciągając się nie papierosem, a słodkim zapachem jego perfum, który tak kochałem.
– Dlaczego?
Objął mnie czule w pasie i oparł głowę na mojej.
Nie znałem odpowiedzi na to pytanie i nie chciałem jej poznawać, ale wyglądało na to, że Gerard ją ze mnie wymusi.
– Boję się – odparłem w końcu.
Pozwoliłem moim powiekom opaść.
Teraz byłem tylko ja, ciepło, zapach, równomierny oddech i przyspieszone bicie serca mojego chłopca.
– Wiesz, Frank, ja też bałem się wody. Jak cholera, niemal tak bardzo jak igieł.
Przerwał, by zaciągnąć się papierosem. Musiałem skupić uwagę na słowach, które wypowiada, by tworzyły dla mnie jakąś sensowną treść, mimo iż pragnąłem zatracić się w podziwianiu jego ciała.
– Jak byłem mały i pojechaliśmy z babcią nad morze, widziałem jak jeden mężczyzna ratuje kobietę, która się topiła. To była jego żona. Uratował ją. Tak jak ja ciebie.
Znowu przerwał, a ja wtuliłem się w niego mocniej.
Pamiętam, że wtedy pomyślałem, że ja teraz też powinienem być jego żoną, by te dwie historie się zgadzały.
Niedorzeczne w obliczu tego, jak potoczyło się nasze wspólne życie.
– Strach jest ogromną, ale nie niemożliwą do pokonania przeszkodą. Po tamtym incydencie zacząłem uczyć się pływać, pokonałem mój strach i dzięki temu siedzimy tu teraz razem. Też powinieneś spróbować.
– Pomożesz mi?
Pożałowałem tego pytania zaraz po jego zadaniu. Brzmiało dziecinnie, naiwnie. A jednak odpowiedział.
– Tak.
****
Siedziałem na brzegu, mocząc nogi w jeziornej wodzie. Było chłodno, dlatego na moim nagim ciele pojawiła się gęsia skórka.
– Jesteś gotowy?
– Chyba – wychrypiałem.
Chłopak o ognisto czerwonych włosach wszedł zgrabnie do wody, nie mając na sobie nawet skrawka materiału.
Było zbyt późno, byśmy przejmowali się, że ktokolwiek nas zauważy. Niebo robiło się różowe, słońce chyliło ku zachodowi.
Stanął przede mną i wyciągnął do mnie ręce. Widząc moje niepewne spojrzenie uśmiechnął się czule.
– Nie puszczę. Obiecuję.
Zamknąłem oczy i przysunąłem się kawałek bliżej.
Pozwoliłem, by jego zimne dłonie chwyciły mnie pod pachami, by moje ciało powoli, delikatnie zanurzyło się w wodzie.
Uspokajał mnie zdaniami utkanymi złotymi słowami, obejmował mnie mocno i oddychał razem ze mną, choć miałem wrażenie, że jednak robi to za mnie.
– Jak się czujesz?
– Nie wiem, Gerard, chcę już wyjść.
– Najpierw otwórz oczy.
Długo nie potrafiłem się do tego zmusić, a gdy w końcu uniosłem powieki, zachłysnąłem się powietrzem i przylgnąłem natychmiast to ukrytego pod taflą jeziora ciała Gerarda. Jego skóra wydawała się jeszcze bardziej gładka pod wodą.
– Widzisz? Udało ci się. Pokonałeś swój strach – powiedział.
Tak. Chyba tak.
– Czy to może być mój prezent urodzinowy dla ciebie? – zapytałem, siląc się na żartobliwy ton.
Zabrzmiałem jak przerażony szczeniak.
– Najlepszy prezent urodzinowy to nagi, jęczący ze strachu Frank Iero przytulający się do mnie w zimnym jak skurwysyn jeziorze.
Uderzyłem go pięścią w pierś, gdy na moich policzkach rozkwitły róże.
Zaśmiał się pięknie, gdy to dostrzegł.
– Idiota.
Gerard Way uwielbiał mnie zawstydzać.
CZYTASZ
Drowning lessons
FanfictionKażdy ma czasem gorszy dzień. Niewyobrażalnie zły humor, pecha krążącego nad głową jak wielka chmura burzowa. Ten feralny piątek był właśnie takim dniem. Jedynym promykiem słońca, który przebił się przez chmurę złych zdarzeń, był Gerard Way, który u...
