Chapter 26.

222 25 72
                                        

— Wac wstawaj, już 11:00... — Krzychu go szturchnął kilka razy.
— Jeeej stary, daj żyć... — wymruczał zaspany i obrócił się na drugi bok. Noc spędził w salonie na kanapie, pomimo, że starał się spać z Shelby w jednym łóżku. Po chwili usiadł i przetarł twarz dłońmi. Wziął w ręce telefon i sprawdził powiadomienia, które przyszły mu przez noc. Bawili się na tyle dobrze, że nawet nie pamiętał, w którym momencie wrzucali na insta jakieś głupie relacje. Odtworzył filmik, na którym prezentował Krzychowi i Jagodzie, jak powinno się tańczyć tango, sam zaczął się śmiać z tych wygłupów.
— Chcesz coś do picia? — usłyszał nad sobą głos blondynki, która wyglądała zza ściany korytarza, prowadzącego do kuchni. 
 — Kawę, chyba tylko to jest w stanie przywrócić mnie do żywych. — powiedział zaspany. 
 — Już się robi. — dziewczyna wróciła do kuchni i zaczęła przygotowywać dla chłopaka kawę, podstawiając duży kubek pod ekspres. Telefon dziewczyny rozdzwonił się. Na wyświetlaczu pokazał się nieznany numer. Dziewczyna odebrała pośpiesznie, mając nadzieję, że to ktoś z firmy lub może informacje dotyczące zamówienia preorderowych bluz. Jednak zupełnie nie spodziewała się osoby, którą usłyszała po drugiej stronie. 
 — Cześć kochanie, możesz przyjechać do Ciechanowa. 
 — Pani Elu, nie wiem, Kuba mnie porzucił... Do tego uderzył, więc to chyba koniec. Teraz zostawił mi wszystko na głowie i sobie, gdzieś pojechał. 
 — Chodzi o Kubę, ale nie chcę o tym rozmawiać przez telefon, możesz przyjechać? 
 — Tak, będę za godzinę. — powiedziała i się rozłączyła, chociaż była wściekła, że nie potrafiła powiedzieć jej nie. Nauczyła się już funkcjonować bez niego i było jej całkiem dobrze. Westchnęła cicho i podała Wackowi kawę. — W kuchni masz pełną lodówkę żarcia, obsłuż się, jak coś to pytaj się Jagody. — z sypialni brunetki wyleciał Krzysiek. 
 — Jedziesz do Ciechanowa? — zapytał poddenerwowany.
 — Skąd wiesz? Jego mama, do ciebie też dzwoniła... — westchnęła ciężko, bo zaczynało się to robić dziwne.  — Jadę, zbieraj się, masz jakieś pięć minut, bo ja idę się tylko przebrać. 
 — Spoko, dwie mi wystarczą. — chłopak znikł w sypialni, gdzie było słychać stłumioną rozmowę z Jagodą. Shelby udała się do swojej garderoby i założyła koronkową bieliznę, obcisłe jeansy, na to luźną, tiulową koszulę, a nogi wsunęła w wysokie szpilki. Związała włosy w kucyka i poszła na balkon jeszcze zapalić. Miała w głowie milion myśli, a może coś się stało? Może Kuba jest właśnie w Ciechanowie? Milion pomysłów przelatywało jej przez myśl. — Gotowa? — usłyszała za sobą.
 — Tak możemy się zbierać. — wzięła ostatniego bucha i wyszli z chłopakiem z mieszkania. Bez słowa poszli do jej Mustanga i wsiedli do niego. 
 — Wiesz jak jechać? 
 —Tak, tylko w Ciechanowie mnie poprowadzisz, bo tam nie pamiętam. — powiedziała i ruszyła w stronę obwodnicy Warszawy, a z niej zjechała wprost na drogę do Ciechanowa. 
 — Zastanawiam się o co chodzi, że ściągnęła naszą dwójkę? — Krzysiek westchnął. 
 — Nie wiem, mam nadzieję, że Kuba zasłania się mamą i robi sobie z niej mediatora, bo reszta moich myśli jest dość mroczna. Z drugiej strony, jeśli to tylko głupie jego zagrywki, to jak boga kocham, zapierdolę mu, bo miałam mieć dzisiaj ważne spotkanie. — westchnęła. 
 — Spokojnie, zaraz się dowiemy, chociaż wątpię, że jego mama będzie robić za mediatora. Ona raczej jest taka, że opierdoli, nagada ci swoje, wyrazi swoją opinię, ale nie będzie za ciebie załatwiać twoich spraw, bo jak to zawsze stwierdzała "masz swoje lata i wiesz, co robisz" .
 — To dobre podejście, że nie daje się nikomu wykorzystywać. Krzysiek, do cholery, to były trzy miesiące bez niego, nawet jak go tam spotkam, to co mam mu powiedzieć? Wczoraj przestałam czekać... 
 — Czekaj, czy ty i Wac...
 — Spiłam się i potrzebowałam bliskości, a on na mnie leci bardziej, niż ustawa przewiduje. — westchnęła cicho. Mam nadzieję, że nie będzie miał wybuchu złości, jak się dowie, bo wtedy to ja mu zrobię krzywdę. Nie wiem czemu, ale zawsze jak się na mnie rzuca, czuję się taka mała i bezbronna, a przecież bez problemu, dałabym mu rade skopać w dupę. To chyba strach, że to ja mogłabym mu zrobić krzywdę mnie blokuje. Sama już tego wszystkiego nie ogarniam. Jak była tendencja wzrostowa, że będzie lepiej, to nagle jeb i wszystko się pojebało. Jaka ja kurwa głupia byłam, że odebrałam telefon...
 — Przestań, nawet tak nie mów. Sprawdzimy o co chodzi i wrócimy najszybciej, jak się da.  Tylko musimy to wszystko przyjąć na zimno i na spokojnie, chociaż sam nie wiem, czy będę w stanie. 
 — Zawsze miałam wrażenie, że to ty byłeś taką pierdoloną oazą spokoju w ich gronie, serio nie potrafię sobie przypomnieć takiej sytuacji, żebyś wybuchnął wielkim, niekontrolowanym gniewem. 
 — Wybucham, ale jak z reguły nikt nie patrzy. Jednak, jeśli Grabowski sądzi, że po trzech miesiącach milczenia, zwykłe przepraszam wystarczy, to jest w bardzo, bardzo, bardzo wielkim błędzie. Tym razem to nie zadziała. 
 — Ha, Krzychu, na mnie to chyba nic nie zadziała, a i jak Boga kocham, zajebię mu w pysk za te wszystkie łzy. Tak dla odmiany, teraz to ja mu pokażę...
 — Wiesz co?! Strasznie się nakręcamy nawzajem... — na chwilkę zapadła cisza i popatrzyli po sobie, by po chwili wybuchnąć wielkim śmiechem.
 — Masakra, nie wyobrażam sobie tego w żaden sposób. — powiedziała już spokojnie, a Krzysiek pogładził ją po ramieniu. 
 — Będzie dobrze. — powiedział, chociaż sam nie był do końca pewien tych słów. Po kilkunastu minutach minęli tabliczkę z napisem Ciechanów. 
 — Prowadź teraz.
 — Na światłach w prawo, na następnych w lewo i za dużym zakrętem znowu w lewo, potem to już prosto póki ci się sklep nie pokaże. 
 — Ok szefie, jak szef sobie życzy, tak właśnie będzie. — uśmiechnęła się szeroko. Jechała zgodnie ze wskazówkami Krzyśka, aż w końcu wjechali na podwórko przy Płońskiej 6. Dziewczyna zgasiła silnik i wysiedli z auta, kiedy tylko zabrała swój telefon i torebkę. Weszli po schodach na górę, Krzysiek pchnął drzwi bez pukania, a blondynka weszła za nim. Po drodze zdążyła wcisnąć na nos okulary przeciwsłoneczne. 
 — Przyjechali. — usłyszeli głos pani Eli z kuchni. — Chodźcie, chodźcie. — kiedy weszli, na twarzy Krzyśka wymalowało się niezłe zdziwienie. 
 — Pan Robert? Co pan tu robi? — spytał, a Shelby stanęła obok niego. 
 — Przyniosłem list, który dostałem. Jest on też do was. — powiedział i przesunął kopertę po blacie. — Kuba się do was odzywał?
 — Nie. — powiedzieli chórkiem, a matka Grabowskiego, wybuchnęła płaczem i wyszła z kuchni, przepraszając wszystkich. Przyjaciele popatrzyli po sobie i Krzysiek wziął list. 
 — Zobaczę co z Elką. — powiedział pan Robert i wyszedł z Kuchni zostawiając ich samych. Krzychu przełknął głośno ślinę i wziął kopertę, na której był stempel z Ameryki. Spojrzał na blondynkę. 
 — No otwieraj... — ponagliła go. Chłopak otworzył list i zaczął czytać list.
 — "Cześć tato, wybacz, że zawracam ci głowę, ale stwierdziłem, że to ty podejdziesz najbardziej trzeźwo i najmniej emocjonalnie do tego, co zaraz ci napiszę. Wiem, że między nami bywało różnie, ale chciałbym, żebyśmy puścili to wszystko w niepamięć. Chciałbym, żeby ten list był przekazany także do rąk mamy, Krzycha i Shelby. To chyba wy jesteście najważniejszymi osobami w moim życiu. Potem możecie nawet wstawić to w internet lub pokazać komu chcecie, bo gwarantuję, że nie będę miał tego nikomu za złe. Przejdźmy w końcu do sedna sprawy. Kilka miesięcy temu wykryli u mnie guza mózgu, wciąż nie pamiętam fachowej nazwy, bo jest strasznie dziwna, ale zakwalifikowali mnie do programu specjalnego w Stanach, gdzie mają to za pomocą jakiś specjalistycznych przyrządów usunąć to gówno. Jest tutaj 19:20, o 9:00 rano ma się rozpocząć operacja, boję się. Nie chciałem wam niczego mówić, bo po co? Martwilibyście się tylko niepotrzebnie. Jeśli zapytacie, czy to zakończy się sukcesem? Nie wiem, lekarze też nie wiedzą, jednak, jeśli nic bym z tym nie zrobił, stałbym się jeszcze bardziej niebezpieczny, niż wcześniej. Ten guz powodował ucisk na mózg, co powodowało niekontrolowane wybuchy złości i agresji. To chyba dobry moment, by przeprosić mamę i Shelby, bo wam oberwało się najbardziej z mojej strony. Jednak, kiedy ostatnio uderzyłem moją małą blondynkę, wiedziałem, ze jest źle i wyniosłem się na miesiąc wcześniej do Stanów, by nie skrzywdzić już nigdy więcej nikogo. Przepraszam, że się nie odzywałem, ale ból, spowodowany brakiem waszej obecności, pewnie nie pozwoliłby mi utrzymać tego wszystkiego w tajemnicy i oszczędzić wam nerwów i stresu związanymi z tą całą śmieszną chorobą. Leżę i zastanawiam się, czy wszystko będzie okej. Grozi mi śmierć, zostanie rośliną, paraliż, albo może być wszystko okej i wiecie co? Nie chciałbym tych wyborów, nie chciałbym być aż tak uświadomiony, bo czasami niewiedza bywa zbawieniem i człowiek może spać spokojnie. Tej nocy nie zasnę, będę myślami z wami, będę wspominał całe zło wyrządzone mojej mamie, najgłupsze przygody z Wesołą Ekipą i najpiękniejsze chwile z Shelby, która była, jest i będzie dla mnie całym światem... Jeśli do 10 października się nie odezwę, to chyba będziecie wiedzie, co to znaczy... Przepraszam jeszcze raz, za całe zło wyrządzone każdemu z was i jeśli się nie uda, pamiętajcie tylko te dobre chwile, okej? W życiu bym nie przypuszczał, że będę płakał..." są tu jego łzy na papierze, serio płakał... — dodał Krzychu, widząc zmarszczony papier w niektórych miejscach, sam miał zaszklone oczy. —"Napisałem kiedyś, że człowiek jest sumą zmartwień. Nie wiedziałem wtedy, jak bardzo jestem nieświadomy, co pisze, dopóki nie doszło do tej chwili. Chcę, żebyście wiedzieli, że kocham was mocno i będę zawsze z wami, czy na ziemi, czy gdzieś w życiu po życiu. Na odwrocie pisze wam dane szpitala, gdzie możecie mnie szukać, jeśli, no wiecie... Kurwa, jeśli umrę, nazywajmy rzeczy po imieniu, nie mamy po pięć lat. Mój prawnik mnie odwiedził, ma ze sobą mój testament, wszystkie niezbędne papiery do przekazania firmy i całego mojego dorobku. To chyba tyle z formalności. Kończę ten gówniany list, bo to straszne, że przyszło mi pisać o takich rzeczach. Nie zapomnijcie o mnie. Kocham was, Kuba." — Krzysiek ryknął płaczem, że aż dostał telepawy, Shelby czuła się, jakby ktoś przywalił jej z liścia i dopiero po chwili, po policzkach poleciały jej łzy. Wtuliła się mocno w Krzyśka i wyli jak dzieci, był dzisiaj 11 października, a ich świat zakryły czarne chmury. Dziewczyna zaczęła łapać po chwili łapczywie powietrze. Nie mogła złapać oddechu. — Shelby! — Krzysiek nią potrząsnął, jednak dziewczyna zdawała się nie reagować, atak paniki nie dawał jej spokoju przez dobrą chwilę. Krzysiek dał jej foliówkę i kazał dmuchać do niej i oddychać głęboko, dopiero po chwili się uspokoiła.  
 — On nie może, Krzysiek, nie on... To powinnam być ja, nie on, on nie zasłużył sobie na to... Polecisz tam ze mną? — momentalnie wyciągnęła telefon i zaczęła bukować bilety. 
 — Uspokój się do cholery! — Krzysiek wydarł się na nią i wyrwał jej z ręki telefon, kiedy nie potrafiła nawet trafić w klawisze, wpisując stronę przewoźnika. Patrzyła na niego tymi przerażonymi oczami. Zajrzał do kuchennej szafki, gdzie był kartonik z lekami i dał jej Xanax. — Weź to. — podał jej do tego szklankę wody i sam wszedł w aplikację i zabukował im bilety na najszybszy lot do Stanów, nie zważając na koszta, ani nic innego.
 — Lot jest za pięć godzin. Kluczyki od Mustanga. 
 — Nie, ja poprowadzę... 
 — Nie ma takiej opcji, do tego dałem ci Xanax, więc nie możesz prowadzić. Jedziemy do ciebie do domu, pakujesz się na góra tydzień. Ja w międzyczasie pobiegnę do siebie i przyprowadzę Biggiego Jagodzie. Nikomu ani słowa, dopóki nie będziemy mieli pewności. — wyrwał jej torebkę i wyciągnął kluczyki od Mustanga, poszedł do sypialni pani Eli. — Wylatujemy do Stanów za pięć godzin, jak tylko dowiem się czegoś, dam pani znać. — powiedział zdenerwowany chłopak. Starał się myśleć trzeźwo. Nie wierzył, że mogło zabraknąć jego najlepszego przyjaciela, po prostu po chwili słabości, zaczął wypierać wszystkie informacje. Wrócił do kuchni i zabrał całe opakowanie Xanaxu, tak w razie W, gdyby Shelby znowu doprowadziła się na skraj załamania. Wyszli z domu i wrócili szybko do Warszawy. Dziewczyna nie czekała nawet na windę, wbiegła po schodach na siódme piętro i wpadła do garderoby, gdzie momentalnie zaczęła pakować niewielką walizkę. 
 —Shelby, wszystko okej? — zapytała Jagoda stając za plecami blondynki. Jej pytanie spowodowało wybuch płaczu, chociaż nie wyła już tak żałośnie jak wcześniej, zanosząc się i nie mogąc złapać tchu. 
 — Z Kubą nie najlepiej, zaraz lecę z Krzyśkiem do Stanów, sprawdzić co z nim. On ci wszystko wytłumaczy. — powiedziała po chwili, kiedy uspokoiła łzy. 
 — Okej... Mogę jakoś pomóc? 
 — Nie. Zejdź mi z drogi... — powiedziała cicho, kiedy wytargiwała walizkę z garderoby. Jagoda, wyrwała jej bagaż i obróciła o 90 stopni, wtedy przeszedł bez problemu przez wąskie drzwi.
 — Już spokojnie... Polecicie i sprawdzicie, co u niego. — brunetka wtuliła w siebie zapłakaną blondynkę i gładziła ją po plecach. Ta otarła kilka łez. 
 — Puść mnie... — powiedziała cicho po chwili i poszła do kuchni, gdzie wyciągnęła z lodówki whisky i wyzerowała butelkę, nie było tam wiele, ale palące uczucie w gardle, dało jej większe ukojenie. 
 — Jestem już, spakowałaś się? — usłyszała Krzycha. 
 — Tak.. 
 — Kurwa, we mi tu nie pij, bo dałem ci prochy uspokajające, chcesz zaliczyć zgon? — sam był nieźle poddenerwowany, aż Biggi poleciał się schować za kanapę. — Kochanie, musimy polecieć z Shelby do Stanów, zajmij się proszę psem, a jeśli nie dawałabyś sobie rady, to wywieź go do Ciechanowa, do mojej mamy. 
 — Spokojnie, to tylko pies, na bank dam sobie radę. Trzymasz się jakoś? 
 — Wypieram to, czego się dowiedziałem. Jak wylądujemy dam ci znać, ale musimy się zbierać, bo zostały nam trzy godziny do lotu, a musimy jeszcze zdać bagaże i przejść kontrolę. Mam nadzieję, że nie zajmie nam to dłużej, jak tydzień, ale to wszystko się okaże. — westchnął cicho. 
 — Przestań, to twój najlepszy przyjaciel, musisz tam polecieć... Ja to rozumiem, zajmę się wszystkim pod waszą nieobecność. — chłopak wpił się w jej usta. 
 — Kocham cię, jesteś najlepszą dziewczyną na świecie. — powiedział cicho i wpił się w jej usta. 
 — Oj, bo rzygnę tęczą, możemy już jechać? — powiedziała, z lekka rozdrażniona tym widokiem. 
 — Tak dzieciaku, do samochodu. — powiedział Krzysiek i pokazał dłonią w stronę drzwi, dalej trzymał w ręku kluczyki. Kiedy wsiedli do auta, chłopak ruszył w stronę lotniska. Dziewczyna podkuliła nogi i zaczęła przysypiać. 
 — Wiem, że chce ci się spać, ale staraj się nie zasnąć, póki nie wsiądziemy do samolotu, co? — poprosił ją cicho. 
 — To ty mi dałeś leki uspokajające. 
 — Tak wiem, dostałaś Xanax Kuby, więc będziesz teraz bardzo śpiąca, ale chociaż przejdźmy szybko przez odprawy, a potem będziesz mogła spać. 
 — Ja chcę już... — powiedziała przymykając oczy.
 — Nie boisz się tego, co tam zastaniesz? — zaczął sypać niewygodnymi pytaniami w nadziei, że mu nie zaśnie. 
 — Liczę tylko, na bardziej optymistyczną wersję, niż śmierć. — westchnęła cicho. 
 — Miejmy nadzieję, że jest okej, że stało się tylko coś, co sprawiło, że nie mógł się skontaktować z nami. — nie udało mu się powstrzymać dziewczyny przed zaśnięciem, odleciała szybciej, niż ustawa przewiduje. Chłopak dojechał w końcu pod lotnisko i zaparkował na długoterminowym parkingu, podszedł od strony pasażera i otworzył drzwi. — Wstawaj mała, jesteśmy na lotnisku. — potrząsnął dziewczyną i odpiął jej pasy.  Przebudziła się i zaspana wysiadła z samochodu. Patrzyła zamglonym wzrokiem, ledwo kontaktowała, co się dzieje. Udali się najpierw na odprawę bagażową, gdzie oddali walizki, poszło nawet dość sprawnie, bo kolejka nie była zbyt duża. 
 — Chcę jeszcze zapalić. — powiedziała Shelby i wyszli jeszcze na chwilę przed budynek lotniska, gdzie dziewczyna wyciągnęła z torebki paczkę papierosów i wsunęła jeden do ust. Odpaliła i oparła się o chłopaka, który objął ją, żeby nie wywróciła się czasami. 
 — Będziemy na miejscu około 8:00 rano, więc jak tylko zdobędziemy auto z wypożyczalni, możemy się udać prosto do szpitala, co ty na to?
 — Spoko. — powiedziała cicho dziewczyna, chociaż im bliżej dostania się do Stanów, tym bardziej miała wątpliwości, czy w ogóle chce tam lecieć i brać udział w tym wszystkim. Bała się cholernie, że ją to przerośnie. Dopaliła papierosa i przeszli przez odprawę bezpieczeństwa, Krzysiek zaprowadził ją pod odpowiednią bramkę i poszedł na bezcłową po zakupy. Pomimo, że mieli zapewniony posiłek na pokładzie, nakupił jakiś słodyczy, chyba sam był świadom tego, że potrzebuje czymś zająć ręce. Dziewczyna zwinęła się w kulkę, kładąc się na ławeczkach i przysnęła jeszcze, zanim Krzysiek do niej wrócił. Sam roześmiał się na jej widok, bo wyglądała jak mały żulek, tylko brakowało jej gazet do przykrycia się. Westchnął cicho i usiadł obok niej, i gładził ją po głowie, w dłoni trzymał telefon, gdzie grał w jakąś bezsensowną gierkę, próbując czymkolwiek zająć mózg. Po godzinie, dostali pozwolenie wejścia na pokład.
 — Wstawaj. — Krzysiek szturchnął dziewczynę, która zaspana powlekła za nim nogami, zeskanowali swoje karty pokładowe i wsiedli na pokład dużego samolotu. Dziewczyna zajęła miejsce pod oknem i zapięła się pasami. Po kilkunastu minutach samolot zatrzymał się na pasie startowym, kiedy rozpędzał się, by unieść ich w górę, dziewczynę ścisnęło w gardle i wybuchnęła płaczem. 
 — Wszystko okej, maleńka nie płacz... — Krzysiek gładził ją po plecach, to wtulał w siebie. Jednak kiedy nic nie przynosiło efektu, a ona zaczęła swoim zachowaniem wzbudzać lekki popłoch wśród pasażerów, chłopak dał jej jeszcze jedną tabletkę. Wzięła bez protestowania, chciała zasnąć, chciała mieć święty spokój, od strasznych myśli, jakie podsuwał jej mózg. Po trzydziestu minutach zasnęła wtulona w ramię Krzyśka. Czekał ich kilkugodzinny lot. Chłopak wziął się za przekąski i włączył sobie film, czuwając nad śpiącą blondynką.

UNBREAKABLE II Quebonafide FanfictionOpowiadania do pokochania. Odkryj je teraz