Chapter 29.

214 26 97
                                        

  — Pojebało cię? — usłyszała głos Krzyśka. 
  — Spierdalaj, nikt cię tutaj nie zapraszał. — powiedziała ostrym tonem. — Zejdź mi z drogi, zabierasz mi słońce, a to pewnie jedne z ostatnich ciepłych dni. — wyciągnęła nogę i przesunęła go na siłę. 
 — Może pojedziesz łaskawie ze mną do szpitala, a nie zachowujesz się, jak jakaś księżniczka...
 — Przyszedłeś mnie plebsie prosić o łaskę i mnie poniżasz, oj bo skończysz w lochu... — odgryzła się szybko. 
 — Boże święty, jak ja mam do ciebie dotrzeć dziewczyno?
 — A jak ja mam dotrzeć do ciebie chłopaku? Długo jeszcze będziemy ciągnąć tą bezsensową gierkę słowną. — Krzysiek ściągnął okulary z jej nosa.
 — Ile ty wypiłaś, co? Twój facet leży w szpitalu, a ty sobie chlasz w najlepsze? 
 — Widocznie za mało wypiłam, skoro jeszcze nie zgonuję w pokoju hotelowym, a życie daje mi pod nos osobę, która bardzo nade mną czuwa, umoralnia mnie, pokazuje mi błędy i jest taki obiektywny, że powinien zostać świętym za życia. 
 — Jesteś wstrętna...
 — Uczę się od mistrza. — wycedziła patrząc mu w oczy. Z impetem rzucił się na ławkę, siadając tuż koło dziewczyny. — Ja pierdole, nie rzucaj się tak z dupą na tą ławkę, bo pęknie... — spojrzała na niego i pokręciła z niedowierzaniem głową. 
 — Pogadasz ze mną na poważnie? — zapytał Krzychu.
 — To do tej pory nie gadamy na poważnie? 
 — Shelby, błagam cię... — potarł dłońmi twarz. 
 — No co? Wjeżdżasz na mnie, nie rozumiesz skąd wypływa moje zachowanie, a teraz prosisz o rozmowę? Co ty sobie myślisz, co? Powinnam się spakować i lecieć do domu, do Vegas... — westchnęła cicho. 
 — Chcą go wypisać wcześniej, powiedziałem, że się strułaś. Masz czas żeby przemyśleć, ale odkąd jesteśmy Kuba szybciej wraca do zdrowia. Wypiszą go chyba za dwa dni. 
 — To świetnie wrócicie do Polski...
 — A co z tobą?
 — Nie wiem, co ze mną. Nie jestem w stanie na niego patrzeć. Nawet nie wyobrażasz sobie, jaki to jest ból. Czuję obrzydzenie do siebie samej, ale mnie to cholernie boli, co się z nim dzieje, jak go ta choroba zmieniła, przeraża mnie to, co przyniesie przyszłość...
 — Przecież wszyscy będą cię wspierać, nie zostaniesz z tym sama. 
 — Tak, będą wspierać miesiąc, dwa, rok, a co dalej? Co, gdy pomaganie ludziom się skończy. Sorry, jesteś teraz młody, ale zbliżasz się do wieku, w którym będziesz myślał o rodzinie, dzieciach i tak dalej. Jagoda już nie raz o tym opowiadała, więc jak ty wpadniesz na te same genialne pomysły, to nie będziesz miał czasu mi pomagać. Ciąży mi to strasznie na psychice, po prostu. Nie wiem, czy do tego czerwonego, zakutego łba to dociera. 
 — Dociera. Chociaż daj mu kilka miesięcy, żeby nie załamać go na początku, bo nie będzie chciał nic robić... Podda się bez ciebie. 
 — Góra miesiąc. — wstała i wyciągnęła do niego dłoń. 
 — Zgoda. — Krzysiek wstał i uścisnął dłoń Shelby. — Ale przez ten tydzień masz go wspierać.
 — Nie mogę ci obiecać, że nie pęknę... Z góry mówię. — Krzysiek usiadł znowu z dupą na ławce. 
 — To cała umowa nie ma sensu. Nie wiem, mam cię przekupić, czy jak? 
 — Ty na głowę upadłeś... Miłość chcesz przekupić? Nie znam takich przypadków, a miłość za kasę ma swoją fachową nazwę i aż tak nisko, to ja nie upadłam. 
 — Nie mam pomysłu jak do ciebie dotrzeć. — obserwował dziewczynę, która z rozłożonymi rękami, spacerowała po cienkim krawężniku. 
 — Nie masz pomysłu? Kup go. Skoro już tak szastasz pieniędzmi. —  wzruszyła ramionami. 
 — Kochasz ty go w ogóle? 
 — Pojebane pytanie. Jakbym go nie kochała, to by mnie tu nie było, chyba proste, co? — spojrzała na niego. 
 — Czyli kochasz go, ale nie chcesz z nim być na wzgląd, że jeździ na wózku jest... Był chory?
 — To nie do końca tak, ja nie zniosę tego psychicznie, rozumiesz? Ja nie potrafię tak na luzie o tym żartować jak ty i czuję, że nie dam rady. No trudno. Mogę mu to sama powiedzieć. Chociaż najlepsze byłoby...
 — Typowa Shelby, coś się dzieje, a ty uciekasz, zamiast zmierzyć się z tym.
 — A ty co? Drugi Grabowski. 
 — Szczerze, nie zasługujesz na jego miłość. Żałuję, że tak bardzo go nawiałem. Bo on stanął na rzęsach, kiedy cały świat ci się załamał. Przez pół świata ściągnął dla ciebie kota, żeby był wyjątkowy tak jak ty. Co by się nie działo, zawsze było Shelby to, Shelby tamto, a ty zachowujesz się jak pusta lala. Widać, że blondynka, nawet nie ma ciemnych odrostów, mózg już się przestał bronić. Nie czekaj, czekaj, mózg? Ty nie masz takiego narządu. — policzek Kondrackiego dostał mocny cios. Spod okularów dziewczyny pociekły łzy. 
 — Nienawidzę cię! — krzyknęła.
 — Wszystko okej? — zapytał jeden z przechodniów.
 — Nigdy nie było lepiej. — powiedziała blondynka i odeszła w stronę hotelu, gdzie zamknęła się w swoim pokoju i rzuciła się na łóżko. Zwinęła się w kulkę i pozwoliła sobie na głośny szloch. 

Kondracki stał tam chwilę, jak wryty. Sam dobrze wiedział, że przesadził. Nie umiał nawet wytłumaczyć swojego zachowania. Pojechał z powrotem do szpitala. 
 — I co sprawdziłeś, czy wszystko z nią w porządku? — Kuba uśmiechnął się szeroko do przyjaciela. 
 — Tak, prawie wszystko okej... 
 — Prawie...? O luj, dostałeś od niej w mordę... — spojrzał na zaczerwieniony policzek Krzyśka, który gdzieniegdzie pokrył się już sinym kolorem. — Co się stało? 
 — Kuba, ona jest psychicznie zjechana twoim stanem zdrowia. Próbowałem ją przekonać i walczyć, ale ona... Przesadziłem i dostałem w mordę. Mam cichą nadzieję, że moje słowa dotrą do niej. 
 — Chcę stąd wyjść. Zawołaj lekarza. — powiedział Kuba. 
 — Przestań leż tu, jeśli jest taka potrzeba, powinieneś tu zostać. 
 — Leżę tu od ponad dwóch miesięcy, mieli wystarczająco czasu. — Kuba wcisnął przycisk, który alarmował pielęgniarki. Jedna z pań szybko wbiegła do sali. — Chcę wypis na własne żądanie. — uciął krótko, a pielęgniarka wyszła po lekarza.
 — Kuba, podejmujesz decyzje pod wpływem emocji, to się nigdy nie kończy dobrze...
 — Musze ją znaleźć, to wszystko. — powiedział szybko. — Wyciągnij torbę spod mojego łózka i daj mi czyste ciuchy. 
 — To się skończy źle, może trzeba dać jej czas na przemyślenie wszystkiego, może to tylko szok. 
 — Daj mi tą jebaną torbę. — powiedział już z wyraźną złością w głosie. Zrezygnowany Krzysiek sięgnął po torbę. 
 — Nie rób głupot, proszę... — powiedział Krzysiek smutnym, poważnym głosem. 
 — Pojadę z nią zerwać, tak będzie łatwiej. 
 — Chyba oszalałeś...
 — Ani trochę. — wzruszył ramionami i wyciągnął sobie dres i koszulkę. Zaczął ściągać to, co miał na sobie i ubierać czyste ciuchy. — Nie będę jej zmuszał do bycia z kaleką. Trudno stało się, ale ona jest młodziutka i ma całe życie przed sobą, nie będę kulą u jej nóg. Nic na siłę. Pewnie matka zaopiekuje się mną dopóki będę żyć, a potem... Chuj tam, mogę zdechnąć. — wzruszył ramionami. — Ręce mam sprawne, zawsze można zakończyć to wszystko przed czasem. 
 — Kuba, do cholery... — Krzysiek patrzył na niego z niedowierzaniem. — Jebane emocje przez ciebie przemawiają, to nie koniec świata, że masz wózek. Ludzie na wózkach żyją jak normalni ludzie, nawet potrafią żyć bardziej... Zdobywają szczyty, uprawiają sporty ekstremalne, podróżują... Poza tym, ty nie jesteś skreślony. Masz szansę, że w pewnym momencie możesz wstać i zacząć chodzić. To nie jest uszkodzenie mechaniczne kręgosłupa. Tak jak mówił lekarz. 
 — Jakoś im nie wierzę. 
 — To może się stać jutro, a  może za dwa lata, kiedyś wspomnisz moje słowa...
 — Już nie strasz, nie strasz, bo się zesrasz... — powiedział i kiedy wszedł lekarz, zaczęła się między nimi wymiana zdań. Załamany Krzysiek usiadł przy stoliku i słuchał wszystkiego. Kuba nie dawał się przegadać, żądał ostro swego, a lekarz w końcu ugiął się pod prośbą. Jednak pod jednym warunkiem, że Kuba spędzi te dwa tygodnie w Stanach, by w razie czego od razu mógł wrócić na oddział. Przystał na ten układ. — Pomożesz mi, bo sam nie wstanę i nie pójdę. 
 — Nie musisz pluć jadem. — Krzychu wstał i poszedł po wózek, podjechał pod łóżko i Kuba przesiadł się. Krzysiek wsadził wszystkie jego rzeczy do walizki i zahaczył ją uchwytem o wózek. Nie sądził, by to był dobry pomysł, jednak nie dyskutował już więcej. Wyprowadził Kubę z budynku i podjechał na parking, przesadził przyjaciela na siedzenie mustanga i zapiął mu pasy. 
 — Bez przesady, ręce mam sprawne. 
 — Niestety mordę też. — powiedział poddenerwowany chłopak. Jednak Kuba przemilczał zgryźliwą uwagę przyjaciela. Kuba miał w głowie mętlik, starał się być silny, jednak teraz najbardziej zależało mu, by porozmawiać z blondynką. Sam nie wiedział jeszcze, co chce jej powiedzieć. Nie mógł sobie nawet wyobrażać, co może od niej usłyszeć, ale był pewny, że bez tej rozmowy, żadne z nich nie ruszy dalej. Był cholernie zdeterminowany i gotowy na wszystko, nawet na to, by pozwolić jej odejść, jeśli to sprawi, że będzie szczęśliwa. Z drugiej strony miał ochotę przywiązać ją do kaloryfera, sprać jej tyłek i nie wypuścić jej na krok. Sprzeczne uczucia szarpały nim od środka. 
 — Daleko do tego hotelu? — zapytał Kuba, kiedy jechali już dobre dziesięć minut. 
 — Jeszcze kawałek. — odpowiedział krótko Krzychu. Dawno nie było takiej sytuacji, kiedy Krzysiek siedział tak długo w ciszy. Był znany, jako ten, któremu nigdy nie zamyka się gęba. Dzisiaj miał dość wszystkiego. Marzył, żeby po prostu pójść spać i obudzić się, kiedy ten koszmar się skończy. Jednak nie było na to większych szans. Po kilku następnych minutach podjechali pod budynek hotelu. Pomógł Kubie wysiąść i posadził go na wózek. 
 — To sobie hotel zamówiliście. — spojrzał na pięć gwiazdek nad wejściem. 
 — Szalejemy za hajs Shelby, więc czemu nie? — wzruszył ramionami
 — Przestań się na mnie boczyć, już jeden niezadowolony dzieciak w tym budynku mi wystarczy. 
 — To chyba nie do końca tak jak myślisz. Poza tym, nawet nie wiemy, czy jest w hotelu. — westchnęli oboje i weszli do budynku. Pojechali windą na odpowiednie piętro i podeszli do pary drzwi obok siebie. 
 — Który to twój pokój? — zapytał. 
 — 520, ten obok jest Shelby. — wytłumaczył szybko czerwonowłosy. 
 — Wjedźmy na razie do twojego, okej? Chciałbym zostawić graty. Zrobisz mi przysługę i skoczysz po kwiaty? 
 — Jasne. — Krzysiek pomógł Kubie dostać się do środka jego pokoju. Zostawił go przy oknie, tak by mógł się w razie W przesiąść na łóżko. Sam zarzucił na siebie bluzę i wyszedł z hotelu. Wyciągnął telefon i zadzwonił do Jagody. 
 — Hej mała, obudziłem cię? 
 — Nie, siedzę w wannie. Jak się mają sprawy?
 — To jest masakra, jakiś mało śmieszny żart. — powiedział szybko.
 — No co ty, co tam się dzieje? 
 — Pokłóciłem się z Shelby, dostałem od niej w twarz, potem powiedziałem Kubie o tym, że ona nie chce go oglądać, stwierdził, że z nią zerwie i wypisał się ze szpitala na własne żądanie. Oszaleję tutaj, chcę już do ciebie, do Polski. — westchnął cicho. 
 — Ja pierdole, to gorsze niż brazylijska telenowele. 
 — No właśnie, a  ja utknąłem między młotem, a kowadłem. 
 — Gdzie jesteś teraz? — spytała cicho.
 — Idę po kwiaty dla Shelby. Kuba mnie prosił, co by nie było, że ja jej będę chabazie kupował. — powiedział szybko, tłumacząc się swojej dziewczynie. 
 — W sumie, to jeśli kłótnia byłaby z twojej winy... To chyba by wypadało, nie uważasz? 
 — No niby tak, ale nie jestem jeszcze na to gotowy. — usłyszał śmiech brunetki w telefonie. 
 — Jagoda, co cię tak bawi? — spytał się z lekka zmieszany. 
 — Zachowujesz się jak dzieciak, serio... Pogódźcie się, nie ważne, które zaczęło. Chcę widzieć całą waszą trójkę na płycie lotniska, z szerokimi uśmiechami i chęcią do życia. Już dosyć łez i smutków. Poza tym, że strasznie za tobą tęsknię i chciałabym, żebyś był w tej wannie. 
 — Wiesz mi, że gdybym tam był, to wszyscy by wiedzieli, jak dobrze, że jestem... — wymruczał do telefonu z szerokim uśmiechem. 
 — Straszny perwers z ciebie...
 — A co źle ci było ostatnio? 
 — Skoro błagałam, byś nie przestawał, to chyba logiczne, że było mi bardzo dobrze, nie sądzisz?
 — Sądzę, że mogłaś błagać głośniej. — oboje zaśmiali się. — Nawet nie wiesz, jak bardzo cię kocham i cieszę się, że mam cię za dziewczynę. Ty jedna nie pozwalasz mi zwariować. — powiedział wchodząc do kwiaciarni  i kupił pierwszy, lepszy z brzegu bukiet. Był zmęczony tym dniem i chciał już wskoczyć do łóżka. Zmiana czasowa sprawiała, że jego organizm dalej nie mógł się przyzwyczaić do zmiany. Zapłacił i poszedł z powrotem w stronę hotelu.
 — To miły komplement... — czuł, że dziewczyna uśmiechała się teraz szeroko. 
 — Jeszcze trochę i wrócimy...
 — Wiem, wiem, Biggi tęskni za panem, więc wracajcie szybko. 
 — A ty tęsknisz za swoim panem? — spytał z szerokim uśmiechem na twarzy. 
 — Ja ci dam pana, no żebyś się nie zdziwił... — tym tekstem, zagwarantował sobie, że dziewczyna zaplanowała już w głowie niezłą zemstę. 
 — Oj noo... Skarbie droczę się z tobą troszkę... 
 — A ja nie... — powiedziała z szerokim uśmiechem. 
 — Dobra maleńka, zadzwonię później bo wracam do tego pieprzonego hotelu. Nie wiem, co Kuba kombinuje, więc jeśli będzie spać u Shelby to podroczymy się za chwilę, a jak u mnie to zadzwonię, jak będę miał chwilę prywatności i z chęcią posłucham jak rozwijasz ten temat...
 — Straszny zboczuch z ciebie, wiesz?
 — Wiem i za to mnie kochasz!
 — Tak sobie tłumacz... — po tych słowach rozłączyła się, a czerwonowłosy zaśmiał się pod nosem. Wziął głęboki wdech i wszedł do budynku. Widział Shelby wchodzącą przed nim do windy, nie odważył się tam wejść, specjalnie obszedł dookoła lobby, by winda zdążyła pojechać na górę, a on próbował złapać następną. Wjechał na swoje piętro i poszedł do swojego pokoju. 
 — Takie mogą być? — rzucił kwiaty na łózko, tuż przed Kubę. 
 — Spoko są, może nie najładniejsze, ale liczy się gest.
 — Się znalazł florysta wyczynowiec, ekspert w zakresie chabaziologii. — Krzychu wzruszył ramionami.
 — No dobra, dobra, ładne są, lepiej? 
 — Kwiaty, jak kwiaty, nie znam się na tym, a jak ci nie pasuje, to idź sam. — czerwonowłosy podszedł do barku i wyciągnął sobie zimne piwo. 
 — Sam się zastanawiam, czy powinienem tam iść. 
 — No z chodzeniem to może być problem, ale jak chcesz to jedź, daleko nie masz. 
 — Jaki ty się kąśliwy zrobiłeś. Raz dostałeś w twarz i co? Powietrze z pustego mózgu ci uleciało? No weź się rozchmurz. 
 — Sam masz grobowy nastój, a każesz mi się rozpogodzić, no proszę cię, kogo chcesz oszukać?
 — Staram się nie zwariować to wszystko. 
 — Tylko idź tam, nim ci kwiaty zwiędną. W sumie, widziałem ją w lobby. 
 — No i? 
 — Na bank jest teraz w swoim pokoju, bo musiałem łapać następną windę, żeby na nią nie wpaść. — powiedział z lekkim żalem w głowie. 
 — Co ty, boisz się jej? — Kuba się zaśmiał. 
 — Nie, ale nie mam ochoty się z nią jeszcze konfrontować. — powiedział szybko Kondracki. 
 — No widzisz, to masz tak samo, jak ja. Tylko ja jestem an tyle dorosły, że jadę załatwić od razu i będę mieć spokój. — wzruszył ramionami.
 — Otworzyć ci drzwi? 
 — Poradzę sobie. — Que roześmiał się głośno. 
 — Co cię tak bawi? 
 — Chciałem z przyzwyczajenia powiedzieć, że przecież nie jestem niepełnosprawny. Ups... Wtopa. — to rozbawiło nawet Krzyśka. Śmiali się tam z dobrą minutę. Kuba wyjechał z pokoju i udał się do drzwi obok. Zapukał do drzwi.
 — Kto tam? — usłyszał głos blondynki, jednak odjechał szybko w stronę windy. Jednak to go przerosło. Nie chciał z nią jeszcze rozmawiać i nagle sam nie wiedział, co ma jej powiedzieć. Wyjechał na zewnątrz budynku i tam się zatrzymał. Wziął głęboki wdech. — Kurwa... — rzuciła pod nosem i poszła do drzwi, szarpnęła za klamkę i rozejrzała się dookoła. Na podłodze leżały kwiaty, podniosła je i podeszła do drzwi Kondrackiego, waląc w nie pięścią. 
 — Czego? — powiedział, gdy tylko otworzył drzwi. 
 — Jak już mówiłam wcześniej, nie jestem przekupną szmatą, więc możesz sobie to darować i nie bawić się w jakieś podchody. — rzuciła w niego kwiatami. — Bardziej męskie, od jakiś tam chabazi, byłoby, gdybyś po prostu przyszedł i powiedział przepraszam. — Krzysiek własnie analizował całą sytuację. Rozejrzał się po korytarzu, jednak nie zauważył nigdzie przyjaciela. Popchnął delikatnie Shelby na ścianę. 
 — Zamknij się, to nie ode mnie kwiaty. Kuba poszedł do ciebie? 
 — Co, on tu jest? 
 — Kurwa, gdzie on teraz jest? — momentalnie oboje udali się w stronę wind. Wciskali namiętnie przycisk, jakby miał on możliwość przyśpieszenia czasu. 
 — Co on tu robi?
 — Wypisał się na żądanie, bo chciał się z tobą spotkać. Więc bez głupich jojczeń, o bóg wie co. Ja mam na dzisiaj serio już dość przygód. — rzucił pośpiesznie Krzysiek. 
 — Zabiję go, jak sobie coś zrobi, albo coś mu się stanie. — rzuciła pod nosem. Dopiero teraz Krzysiek dostrzegł, że dziewczynie mimo wszystko zależy na jego najlepszym przyjacielu. Westchnął cicho, sam już tego nie ogarniał. Najpierw mówiła, że psychicznie nie da rady, teraz z zaangażowaniem szukała Grabowskiego. Wybiegli przed hotel, jednak kiedy dziewczyna zobaczyła wózek, zamarła w miejscu, a Krzysiek poleciał dalej. 
 — Nie strasz mnie... — powiedział zdyszany.
 — Stary, wyszedłem tylko na zewnątrz. Nie dałem rady z nią porozmawiać. Skoro nie może na mnie patrzeć, to może lepiej, niech mnie nie widzi? — Krzysiek spojrzał na niego, a po chwili na Shelby, która stała za Kubą. — Tylko nie mów, ze za mną stoi... 
 — A jednak... — Kondracki wyruszył ramionami i wyminął ich znikając w hotelowym lobby.

UNBREAKABLE II Quebonafide FanfictionOpowiadania do pokochania. Odkryj je teraz