Dlaczego tak bardzo zależało mi na tym, by ładnie ubrać się na ten koncert? Przecież i tak będzie ciemno, a w dodatku wszystkie moje ciuchy są czarne, co sprawia, że są małe szanse na to, że ktokolwiek zwróci uwagę na mój ubiór. Mimo to stałam przed szafą, tupiąc nogą i do krwi przegryzając swoją dolną wargę. Nie wzięłam ze sobą żadnych wyjściowych ciuchów. Nie spodziewałam się takiego obrotu sytuacji.
- Jak wyglądam? - spytała Violet, wchodząc do mojego pokoju. Miała na sobie rozkloszowaną niebieską spódnicę i obcisłą bluzkę bez ramiączek, przypominającą gorset.
- To koncert Limp Bizkit, a nie bal maturalny - skomentowałam przejeżdżając po niej wzrokiem od góry do dołu.
- Wiem... Ale chcę wyglądać tak ładnie, że gdy Stan mnie zobaczy, zapomni jak się oddycha - powiedziała, nieśmiało wlepiając wzrok w podłogę. Naprawdę jest w nim zakochana.
Zaśmiałam się.
- Ale poetycko... Już wiem, dlaczego to ty piszesz teksty naszych piosenek.
Violy wybałuszyła na mnie oczy.
- Caitlin Amanda Castle! Czy ty się właśnie zaśmiałaś?!
Wybuchłam śmiechem, nic nie mogłam na to poradzić. Czy ja naprawdę nigdy wcześniej się nie śmiałam...?
- Ten cały Keith namieszał ci w głowie - powiedziała Violy, kręcąc karcąco głową.
- To nie on - zaprzeczyłam.
- A co?
- Nie wiem... Wszystko. Konkurs, Las Vegas, koncert Limp Bizkit. Zawsze chciałam pójść na ich koncert...
Violet pokiwała głową, ale z taką miną, że wiedziałam, że mi nie wierzy. Nie chciało mi się kłócić. Nie kiedy w końcu normalnie rozmawiałyśmy.
- To... Co na siebie włożysz? - spytała, siadając na moim łóżku.
- Cóż... Na pewno nie suknię balową.
Znów się zaśmiałam, a Violy mi zawtórowała. To było takie dziwne... Stać przed szafą, śmiejąc się razem z Violet. Dziwne, ale właściwe.
- Pomożesz? - spytałam cicho, wskazując na kupkę ubrań leżących pod szafą. Nigdy nie prosiłam nikogo o pomoc. Widocznie dziś był Dzień Pierwszych Razów.
Violy uśmiechnęła się, jakgdyby tylko na to czekała, po czym podeszła do mnie i zaczęła przeglądać moją szafę.
Zdecydowałam się pójść ubrana na luzie i bez żadnej spódnicy, by obcy kolesie nie pchali swoich brudnych łap pod moje majtki. Z drobną pomocą Violet skompletowałam strój na dzisiejszy koncert. Krótkie spodenki, bokserka, długi sweter i oczywiście glany. Gotowa zeszłam do recepcji, gdzie mieli na nas czekać chłopcy.
Prośba Violet się spełniła, bo gdy Stanley (to chyba jednak jego imię, bo Violy nazwała go Stan) ją zobaczył, dosłownie opadła mu szczęka. Cóż... Ona jednyna się wystroiła. Reszta z nas przygotowała się na pogo.
- Hej, piękna - przywitał się ze mną Keith, wyginając usta w zadziornym uśmiechu.
- Hej, Bestio* - odparłam.
Chłopak zaśmiał się i podał mi ramię, które przyjełam, zadziwiając przy tym samą siebie.
Wsiedliśmy parami do taksówek, ja z Keith'em, Violet ze Stanem, Jackie z Judy i Dean z... basistą, którego imienia nie znam.
Byłam przestraszona byciem sam na sam z Keithem? Nie. Byłam przerażona! Nie dość, że wypadłam z wprawy w rozmowach z płcią przeciwną, to jeszcze to był KEITH.
- Jesteś z Nowego Jorku czy okolic? - spytał, rozsiadając się wygodnie na fotelu. Jego bluzka bez rękawów przesunęła się lekko, ukazując skrawek jego klatki piersiowej. Przełknęłam gulę, która pojawiła się w moim gardle i spróbowałam skupić się na zadanym pytaniu.
- Z Brooklynu - odparłam.
Keith podążył za moim wzrokiem i zaśmiał się, szybko poprawiając koszulkę.
Kurwa. Wpadłam.
- A ty? - spytałam szybko, by przypadkiem nie postanowił skomentować zaistniałej sytuacji i mojego gapienia się na jego prawy sutek.
- Okolice Chicago - odparł, nie odrywając ode mnie wzroku. Niezręcznie, to mało powiedziane.
Kierowco! Czy mógłby mnie Pan tu wysadzić?
Jak na moje zawołanie samochód zatrzymał się i taksówkarz powiedział, że jesteśmy na miejscu. Czym prędzej wysiadłam z pojazdu i zachłystnęłam się świeżym, wieczornym powietrzem.
Gapiłam się na jego klatkę piersiową. I on to zauważył. Mam przesrane.
- Idziesz? - zawołał, a ja tylko pokiwałam głową i podążyłam za nim na salę koncertową.
Mamo, tato... Właśnie byłam na moim pierwszym w życiu koncercie. I nie był to zwykły koncert. Po pierwsze: to był koncert Limp Bizkit. Po drugie: byłam na nim z osobą towarzyszącą.
Ledwo udało nam się przepchnąć na płytę, gdy Stan podszedł do Keith'a, poklepał go po ramieniu i spytał:
- Poradzisz sobie, Nemo?
Najwyraźniej było to pytanie retoryczne, bo zniknął w tłumie zanim Keith miał szansę odpowiedzieć.
- Nemo?! - zdziwiłam się.
Jeśli to ksywka - to jest najdziwniejsza z najdziwniejszyh jakie słyszałam.
- Taa.. - mruknął chłopak. - Mam na nazwisko Seaborn.
Zaśmiałam się. Teraz to miało sens.
- Ty się śmiejesz, ale wcześniej mówili do mnie syrenko. W porównaniu do tego Nemo brzmi całkiem nieźle - powiedział Keith, uśmiechając się szeroko.
Wlepiłam wzrok w dołeczki, które ukazały się na jego policzkach. Wtedy przypomniał mi się mój krótki sen, gdzie widziałam anioła z jego twarzą. Wcześniej śmiałam się na samo wspomnienie tego snu, ale teraz... Teraz wydawał się on być dobrym wyjaśnieniem urody Keith'a. Zwykły człowiek nie może tak wyglądać!
W końcu Limp Bizkit pojawili się na scenie i zaczęli grać pierwszą piosenkę. Bring It Back.
Pisnęłam głośno i zaczęłam ruszać się w rytmie muzyki. Nawet nie zauważyłam, gdy Keith zamiast stać obok mnie, pojawił się za moimi plecami, a jego lewa dłoń spoczęła na moim biodrze. Chciałam go odepchnąć, nawrzeszczeć na niego, a potem uciec między otaczających nas ludzi. Ale nie mogłam. Straciłam siłę w rękach i nogach. Całe moje ciało stało się jak z waty. Wydawało mi się, że oddalam się od Keith'a, ale było zupełnie odwrotnie. Już po chwili moje plecy opierały się o jego pierś, a dłonie chłopaka zamknęły mnie w szczelnym uścisku. Wtedy przestałam nawet próbować go odepchnąć. Zamknęłam oczy, skupiając się na własny odczuciach, na płynącej z głośników melodii i dłoniach chłopaka błądzących po moim ciele. Było mi tak dobrze... Zupełnie jakbym całe życie tylko czekała na ten moment. Jakbym całe życie czekała na Keith'a.
Rozległy się pierwsze nuty piosenki Behind Blue Eyes. Keith przycisnął moje ciało do swojego jeszcze mocniej i schował twarz w moich kruczoczarnych włosach. Bujaliśmy się powoli w prawo i lewo, a ludzie dookoła zaczęli się rozmywać, aż w końcu całkiem zniknęli. Byliśmy tylko my. Złapałam jego nadgarstek, by przypadkiem nie chciał odejść. Chciałam tak z nim spędzić resztę wieczora. Resztę tygodnia. Resztę miesiąca. resztę roku. Resztę mojego pieprzonego życia, bo to wydawało się być odpowiednie. On i ja. My. My staliśmy się jedyną pewną rzeczą w moim życiu. Nie wiedziałam, co to dla mnie oznacza, co będzie jutro rano, gdy się obudzę. Nie wiedziałam czy z biegiem czasu nie złamie mi serca. Czy, gdy mnie mnie pozna, nie postanowi uciec. Czy jednak okażemy się kiepskim połączeniem. Nie dbałam o to. Liczyło się tylko tu i teraz. To, co dzielimy jest czymś wyjątkowym i nie mogę tego zaprzepaścić. Nigdy wcześniej się nie zakochałam. A już na pewno nigdy się do tego nie przyznałam. Ale, gdyby świat się nie zmieniał, tylko zawsze pozostawal taki sam... Znudzilibyśmy się. Dlatego najwyższy czas wziąć głęboki oddech i przyznać przed samą sobą, że zakochałam się w Keith'ie Seaborn.
* odniesienie do Pięknej i Bestii
*
WOW!
Czy to już ten moment?! czy ona naprawdę nareszcie przyznała, że jest w nim zakochana?
Przynajmniej przed sobą, a to już pierwszy krok do sukscesu, prawda?
Gwiazdkujcie, komentujcie... Pokażcie, że jesteście. Bo mi się odechce i zostanę brutalnie zamordowana przez znajomych (i przyjaciół)... Ratujcie życia... Ratujcie życia.
XO XO
Julia
CZYTASZ
Even With Fire
RomansaKeith to najbardziej irytujący człowiek na świecie. Jest niebiańsko przystojny, lubiany, a jego życie zdaje się być wprost idealne. Zupełne przeciwieństwo Caitlin, która uważa się za konkurencję dla samego szatana. Serce jednak nigdy nie pyta się o...
