Nie wiedziałam, co ze sobą zrobić. Moje przyjaciółki na kacu, były ostatnimi osobami, które chciałam widzieć. No dobra. Evan był ostatnią. W ogóle nikogo nie chciałam widzieć. Potrzebowałam chwili tylko dla siebie, na przemyślenia. Chciałam schować się w jakimś miejscu, gdzie nikt nawet nie pomyślałby, żeby mnie szukać. A hotel na pewno nim nie był.
Wybiegłam na zewnątrz budynku, nie przejmując się tym, że nie mam ze sobą telefonu ani portfela. Zresztą po co mi? Przejdę się trochę, pomyślę i zaraz wrócę. Co mogłoby się stać?
Oj, gdybym tylko myślała wtedy racjonalnie...
Szłam przed siebie, myślami jeszcze będąc na stołówce hotelowej. Dupek.
Już dawno nikt mnie tak nie zdenerwował. Sama się sobie dziwię, że skończyłam jedynie na oblaniu go sokiem pomarańczowym.
Nawet nie chodzi o to, że pomyślał, że uprawiałam seks z Keith'em. Po prostu sposób w jaki to powiedział...
Chcę wiedzieć, kogo posuwa mój przyjaciel.
Zupełnie jakbym była jakąś tanią dziwką. Przyzwyczaiłam się, do tego, że ludzie mnie nie lubią i nie szanują, ale to kompletnie mnie zaskoczyło.
Evan Dupek Jakkolwiekbrzmijegonazwisko. Niby zdaje się, że zależy mu na dobrze przyjaciela, ale jestem całkiem pewna, że zapytał o moją romantyczną przeszłość, by mieć powody dla zniszczenia wszystkiego co jest pomiędzy mną a Keith'em. Tylko, że trochę się spóźnił. Sama zdążyłam to zniszczyć. Jednym krótkim zdaniem.
Nie będzie następnego razu.
Jak mogłam być taka głupia?! Czemu, gdy wreszcie ktoś zaczyna mnie lubić ja muszę mu udawadniać, że popełnia błąd?! Keith był dobry, nieszkodliwy. Dziewczyny się upiły (gdzie one w ogóle znalazły alkohol na koncercie?!). Nemo mógł się postarać, by alkohol zaczął płynąć też w moich żyłach. Wtedy nic trudnego, zabrać mnie do swojego pokoju hotelowego i przelecieć na wodnym łóżku. Jednak nie zrobił tego. Załatwił mi nocleg, zaopiekował się mną, a ja wyraźnie dałam mu do zrozumienia, że go nie chcę. I po co?! By uratować swoją dumę, której i tak już nie mam?! By pokazać wszystkim, że nie potrzebuję faceta, by być szczęśliwą?! Jedyną osobą, która na tym wszystkim ucierpiała jestem ja. Nikomu nieczego nie udowodniłam, a jedynie przyznałam rację. W końcu to ja pałętałam się bez celu po Las Vegas.
Nim się spostrzegłam zaczął padać deszcz. Czarny eyeliner i tusz do rzęs spływały po moich policzkach. Ubrana zaledwie w T-shirt i krótkie spodenki, poczułam chłód ogromnych kropli deszczu. Owinęłam ramiona rękami, próbując powstrzymać drżenie ciała.
Dlaczego nie poszłam do pokoju chociażby po sweter?!
Dlaczego nie zrobiłam tego, dlaczego tamtego... Ile błędów naraz można popełnić? Kiedy w końcu powiem: Całe szczęście, że o tym pomyśłałam?!
Wtedy moja stopa o coś zahaczyła. W ostatniej chwili wyciągnęłam ręcę, chroniąc się przed upadkiem. To chyba mnie otrzeźwiło, bo zatrzymałam się i zdałam sobie sprawę, że za cholerę nie wiem, gdzie jestem.
Głupia. Głupia. Głupia.
Rozejrzałam się wokół. Parę kroków ode mnie mężczyzna wsiadł do taksówki. Taksówka! Na pewno jak powiem, że chcę do Paradise Tower to będą wiedzieli, gdzie to jest.
Tylko na taksówkę trzeba mieć pieniądze...
Szybko zajrzałam do kieszeni krótkich spodenek. Tych samych spodenek, w których byłam na koncercie Limp Bizkit. Razem z Keith'em. Wspomnienie jego dłoni na moich biodrach sprawiło, że humor jeszcze bardziej mi się pogorszył. Ale teraz złość zastąpił smutek.
Czy jeszcze kiedyś się do mnie odezwie? Czy wciąż mu na mnie zależy?
Potrząsnęłam głową, by wyrzucić bezsensowne pytania z głowy i skupiłam się na przeszukiwaniu spodenek.
W lewej kieszeni znalazłam parę drobniaków, ale to było stanowczo za mało, by zapłacić za taksówkę. Ledwie, ale wciąż starczyłoby na połączenie z budki telefonicznej. Problem w tym, że jedyny numer, który znałam na pamięć to taty. A on nie mógł mi pomóc. Z ostatkiem nadziei włożyłam rękę do prawej kieszeni i poczułam jakiś skrawek papieru. Niemal podskoczyłam ze szczęścia, ale jak go wyjęłam okazało się, że to nie banknot. Była to żółta kartka z notesu, a na niej numer telefonu i podpis Nemo.
Wciągnęłam ze świstem powietrze. Dał mi swój numer. Chciał utrzymać ze mną kontakt. Może nawet po zakończeniu tej edycji The American Music Stars... Zresztą to nie ma znaczenia. Wszystko zaprzepaściłam. W tym momencie ten numer telefonu jest mi zbędny.
Już chciałam wyrzucić karteczkę na ziemię i pozwolić jej zostać wydeptaną przez przechodniów, gdy o czymś sobie przypomniałam.
Budka!
Rozejrzałam się dookoła i jak najszybciej podbiegłam do niedużej, szklanej budki telefonicznej. Dzwonienie do niego z prośbą o pomoc, tuż po tym jak dałam mu kosza tego ranka, mogło być moją najgłupszą decyzją w życiu. Ale też jedynym wyjściem z tej sytuacji. Las Vegas to zdecydowanie za duże miasto, by choćby liczyć na to, że sama odnajdę drogę powrotną.
Wzięłam głęboki oddech, wcisnęłam monety do automatu i wprowadziłam numer Keith'a.
Moje serce z każdym sygnałem biło coraz szybciej i mocniej. Przez moment myśłałam, że przebije się przez moją klatkę piersiową na zewnątrz.
- Halo?
Odebrał. Odetchnęłam z ulgą.
No oczywiście, że odebrał. Przecież nie wie, kto dzwoni.
- Keith... - zaczęłam, przezwyciężając swoje obawy, że rozłączy się jak tylko usłyszy mój głos.
- Caitlin... - Nie dość, że się nie rozłączył to jeszcze brzmiał na zmartwionego. Nie zrozumiał moich wcześniejszych słów czy po prostu je zignorował?
- Ja... Zgubiłam się. Nie wiem, gdzie jestem i nie mam pieniędzy na taksówkę.
Chwila ciszy po drugiej stronie. Czyli jednak się rozłączył?! Nie chce mi pomagać?
No jasne, że tak idiotko! Kto chciałby ci pomagać? Jesteś żałosna, mówiła moja podświadomość.
Już chciałam odłożyć słuchawkę, gdy chłopak znów się odezwał:
- Czy widzisz jakąś tablicę z nazwą ulicy?
- Nie.
- A jakieś charakterystyczne miejsce? Pomnik, hotel... Cokolwiek?
Mój wzrok przykuł ogromny, czarny budynek z różowym szyldem, głoszącym Pink G-String Club*. Skrzywiłam się. Wcale nie miałam ochoty nikomu podawć tak żenującej nazwy, ale nie miałam wyboru.
- Boże... Nie mogłaś sobie wybrać lepszego miejsca na spędzenie popołudnia? - jęknął Nemo. - Nie ruszaj się stamtąd. Zaraz po ciebie będę.
Rozłączyłam się i wyszłam z budki. Czułam się beznadziejnie. Dzwoniłam do praktycznie obcego chłopaka prosząc o pomoc, bo zgubiłam się w mieście. Niedługo będę miała osiemnaście lat. Jak ja sobie poradzę w życiu, gdy nawet nie umiem wrócić do hotelu, w którym mieszkam?!
Usiadłam na schodkach jakiegoś niewielkiego sklepiku z pamiątkami i czekałam. Deszcz nie przestawał padać, woda skapywała z moich ubrań jak z kranu. Gapiłam się na szarą kostkę pod stopami, wymieniając wszytkie brzydkie słowa, które znam.
Ciekawe czy dziewczyny zauważyły moje zniknięcie? Pewno nie. Mogłam się założyć, że od rana nie opuściły łazienek.
Ulica całkowicie opustoszała, zaganiając wszystkich ludzi do domu. Jedyną oznaką, że ludzkość nie wyginęła były światła w oknach i stojące w korkach samochody. Z nudów zaczęłam liczyć pojazdy każdego koloru. Naliczyłam już trzynaście czerwonych, gdy zauważyłam zbliżającą się do mnie postać.
- Matko Boska! Caitlin! - wykrzyknął Keith. On też był cały mokry, co sprawiło, że zaczęłam się zastanawiać, czy nie przyszedł po mnie pieszo. - Co ci się stało?
- Pada. Nie zauważyłeś? - ogryzłam się i wstałam, by nie musieć aż tak bardzo zadzierać głowy do góry.
- Naprawdę?! Jak to się stało, że w ogóle nie zmokłem...?!
Zachichotałam.
- Widzisz, bo jak się nie jest idiotą to bierze się taksówkę.
- Po pierwsze: jak się nie jest idiotą to się zabiera ze sobą telefon na przechadzkę, albo chociażby mapę miasta. A po drugie: wziąłem taksówkę, ale to nie Nowy Jork. Tu mogą się one zatrzymywać tylko w wyznaczonych miejscach, więc resztę drogi musiałem pokonać pieszo.
Keith dosłownie próbował zabić mnie wzrokiem. Widocznie był wkurzony, a ja tylko czekałam aż zdradzi mi powód swojego zachowania. Choć jak się domyślałam, byłam nim ja.
- Poza tym opuściłem obiad, prawdopodobnie połowę próby i jescze zmokłem tylko po to, by ci pomóc. A ciebie nawet nie stać na takie słowo jak: Dziękuję?! Spróbuj! Osiem liter. Jestem pewien, że mieści się to w zakresie twoich umiejętności intelektualnych.
Z każdym jego słowem moja złość rosła, tak samo jak chęć uderzenia tej jego pięknej twarzyczki.
- Zamknij się, do jasnej cholery! - wrzasnęłam w końcu.
Odwróciłam się do chłopaka tyłem i spróbowałam uspokoić. Jeśli go dostatecznie wkurzę nigdy mi nie pomoże i wrócę do hotelu, Bóg wie, kiedy. Jeśli w ogóle wrócę. Mogę też utonąć na deszczu zanim ktokolwiek przyjdzie mi z pomocą.
- Nie możesz mnie po prostu zabrać do hotelu?!
- Nie! Próbuję cię, kurwa, zrozumieć! - krzyczał Keith, silnie gestykulując. - Za każdym razem, gdy jestem dla ciebie miły, pomagam ci - ty zachowujesz się jak zimna suka.
Zatkało mnie. Gdybym usłyszała te słowa od Evana, nie byłabym zdziwiona, ale Keith...? Czy to nie on miał być tym, który nigdy mnie nie skrzywdzi?
- Cóż, przykro mi, ale najwyraźniej taka jestem!
Koniec wypowiedzi praktycznie wychrypiałam. Zdarłam sobie gardło. Świetnie!
- Nie. Nie jesteś. Ja o tym wiem i ty o tym wiesz.
To zaskoczyło mnie jeszcze bardziej. Skąd on niby wie, jaka jestem?! Znamy się niecały miesiąc!
- Pierwszego dnia występów - kontynuował Keith, teraz już normalnym, spokojnym tonem. - To byłaś prawdziwa ty. Miła, łagodna, wesoła. To... To tylko maska, którą nosisz, by chronić się przed ludźmi. Twoja postawa ma ich wystraszyć, by nawet nie pomyśleli, że mogą być lepsi od ciebie, że mogą być dla ciebie zagrożeniem, zranić cię. Rozumiem to. Świat, ludzie... Są źli. Ale nie wszyscy. Jedyne, czego chcę to byś zrozumiała, że ja cię nie skrzywdzę. Pozwól mi się do ciebie zbliżyć, Caitlin. Pozwól mi cię poznać.
* G-string to po angielsku stringi ;)
*
Się porobiło...
Ciekawe, co na to Cai... Jak myślicie? Zgodzi się na propozycję Keith'a? Czy może go wyśmieje...?
XO XO
Julia
CZYTASZ
Even With Fire
RomansaKeith to najbardziej irytujący człowiek na świecie. Jest niebiańsko przystojny, lubiany, a jego życie zdaje się być wprost idealne. Zupełne przeciwieństwo Caitlin, która uważa się za konkurencję dla samego szatana. Serce jednak nigdy nie pyta się o...
