Rozdział 31

67 4 2
                                        




Późne popołudnie powoli ustępowało miejsca nadchodzącemu wieczorowi. Czarnowłosa kobieta prowadziła swoją czarną G-klasę główną drogą, mijając ostatnie zabudowania miasta. W oddali dostrzegła znajomy znak informujący o wyjeździe z miejskich granic. Była późna jesień, a nagie gałęzie drzew kołysały się na wietrze, strącając ostatnie liście na wilgotny asfalt. Po kilku minutach jazdy skręciła w boczną, leśną drogę, która wiła się przez gęsty las niczym wstęga. Otaczały ją wysokie konary drzew, a chłodne powietrze zdawało się gęstnieć wraz z zapadającym zmrokiem. Silnik samochodu mruczał cicho, a żwirowa droga pod kołami pochłaniała odgłosy jej obecności.

Po kilku minutach dotarła do masywnej, kutej bramy wjazdowej na swoją posesję. Wcisnęła przycisk na kluczyku, a mechanizm z cichym szumem zaczął otwierać przejazd. Meredith nerwowo stukała palcami w kierownicę, czekając, aż przejazd stanie się na tyle szeroki, by mogła przejechać. W końcu wcisnęła gaz i wjechała na długi, wybrukowany podjazd, prowadzący do jej domu.

Jej posiadłość górowała nad otoczeniem, wznosząc się majestatycznie w otoczeniu przyrody. Nowoczesna bryła budynku łączyła w sobie elegancję i surowość – ściany z naturalnego kamienia kontrastowały ze szklanymi fasadami, odbijającymi złote światło zachodzącego słońca. Z tyłu rozciągał się widok na niewielkie jezioro, którego powierzchnia lśniła w blasku popołudniowego światła.

Meredith zatrzymała się na podjeździe, zgasiła silnik i wysiadła, zatrzaskując drzwi z większą siłą, niż było to konieczne. Nerwowo zarzuciła swoją ulubioną torebkę na ramię i szybkim krokiem podeszła do wejścia. Masywne, czarne drzwi z matowego metalu zdawały się niemal przytłaczać swoją wielkością. Przekręciła klucz, pchnęła je i weszła do środka. Wnętrze było nowoczesne, przestronne, z dominacją szkła, marmuru i ciemnego drewna. Czuć było zapach drogich perfum, które nadal unosiły się w powietrzu po jej porannym wyjściu. Rzuciła torbę na komodę i szybkim krokiem udała się do kuchni, która połączona była z salonem.

Wyciągnęła szklankę z szafki, jej ruchy były mechaniczne, niemal bezwiedne. Nalała wody i uniosła naczynie do ust, wypijając ją jednym haustem, jakby to mogło zmyć z niej zmęczenie. Gdy tylko odstawiła pustą szklankę na blat, poczuła, jak ciężar dnia osiada na jej barkach. Westchnęła głęboko, opierając się dłońmi o chłodną powierzchnię blatu, a potem powoli wsunęła palce we włosy, splatając je na karku. Zamknęła oczy. Była wkurwiona, miała dość dzisiejszego dnia. Nie tak go sobie zaplanowała. Wszystko się spieprzyło. Miała dość wszystkiego.

Przetarła twarz dłońmi, próbując choć na chwilę zebrać myśli, ale zanim zdążyła odnaleźć w tym chaosie odrobinę spokoju, jej telefon zadzwonił. Ostry dźwięk rozległ się z wnętrza torebki, rozcinając ciszę jak brzytwa. Brązowooka zacisnęła powieki. Nie chciała z nikim rozmawiać. Chciała być tylko i wyłącznie sama. Żadnych rozmów z każdym. To był jej sposób na ucieczkę. Po prostu stała, licząc, że dzwonek zaraz ucichnie.

Minął.

Zaledwie kilka sekund później rozbrzmiał ponownie, jeszcze głośniejszy, jeszcze bardziej irytujący. Wkurwiona, ruszyła do torebki szybkim, nerwowym krokiem. Sięgnęła do środka, zaciskając palce na telefonie, po czym jednym ruchem odebrała i przyłożyła go do ucha.

— Halo?! — rzuciła ostro, miała ochotę wyrzucić go przez okno.

– Oglądałem rozprawę. – odezwał się ojciec, jego głos brzmiał jak zwykle, rzeczowy, niewzruszony. – Zgaduję, że teraz na pewno nie przylecisz.

Meredith przewróciła oczami, choć nikt poza nią tego nie widział.

– Dobrze zgadujesz. – odparła lodowato. – Nie mam teraz głowy do twoich spraw. Moja robota właśnie się posypała.

To już koniec opublikowanych części.

⏰ Ostatnio Aktualizowane: Mar 08, 2025 ⏰

Dodaj to dzieło do Biblioteki, aby dostawać powiadomienia o nowych częściach!

ApparentOpowieści tętniące życiem. Odkryj je teraz