41. Szczęście Chmurki

232 16 11
                                        

Trzy miesiące później wszystko wyglądało inaczej.

Mieszkanie pachniało świeżym drukiem, bo właśnie wniosłam do niego pudła z moją pierwszą, prawdziwą książką kulinarną. Miała twardą oprawę, piękne zdjęcia, a na okładce widniało moje imię i nazwisko.

Alicja Nowak — O(d)czaruj babeczkę.

Dotknęłam tej okładki ostrożnie, jakby mogła się rozpaść, i poczułam, jak gardło mi się zaciska.

Udało się.

Moje pierwsze spotkanie autorskie odbywało się w lokalnej księgarni. Bałam się jak nigdy w życiu — że nikt nie przyjdzie, że może to była tylko głupia fantazja. Ale już od progu zobaczyłam ludzi: znajomych z pracy, sąsiadów, obcych, którzy znali mnie z reportażu.

Stałam przy małym stoliku, podpisywałam pierwsze egzemplarze, gdy nagle w tłumie mignęła mi znajoma sylwetka.

Witek.

Serce przyspieszyło mi tak, że prawie zabrakło mi powietrza.

Wyglądał inaczej — może dojrzalej, może poważniej. Ubrany skromniej niż zwykle, ale miał w oczach coś, czego nie widziałam od dawna.

Podszedł ostrożnie.

– Gratuluję – powiedział cicho. – Wiedziałem, że ci się uda.

Poczułam, że wszystko się we mnie zaciska. Przez moment chciałam go odepchnąć, ale potem przypomniałam sobie, ile mu zawdzięczam.

– Dzięki – odpowiedziałam spokojnie.

Milczał chwilę, patrząc na mnie.

– Wiem, że zawaliłem. Wiem, że cię zraniłem wtedy na weselu. Nie powinienem był tak się zachować.

Spojrzałam mu w oczy.

– Tak, zraniłeś mnie.

Pokiwał głową, przyjmując to bez słowa sprzeciwu.

– Ale wiesz co? – dodałam – Bez ciebie nie byłoby tej książki. Nie byłoby odwagi, żeby odejść z tamtej firmy. Ty mi to dałeś.

Uśmiechnął się słabo.

– Czyli... wybaczasz mi?

Westchnęłam.

– Tak, Witek. Wybaczam ci.

Poczułam, jak ulga rozchodzi się po moim ciele. Naprawdę to zrobiłam.

Witek przysunął się trochę bliżej.

– Jestem z ciebie dumny, wiesz Chmurko? – wyszeptał.

W tych słowach była szczerość, której potrzebowałam od niego od początku.

Uśmiechnęłam się.

– Dzięki.

Gdzieś obok usłyszałam płacz — to była Ania, którą Amelia przyniosła na spotkanie. Wzięłam ją na ręce i przytuliłam, czując, że mam obok siebie rodzinę.

Patrzyłam na ludzi, którzy przyszli mnie wspierać, na stosy moich książek i na Witka, który nie spuszczał ze mnie wzroku.

Pomyślałam, że może jednak zasługuję na szczęśliwe zakończenie.

I w tej chwili wiedziałam, że wszystko jest dokładnie tak, jak powinno być.

Nieznany NumerOpowiadania do pokochania. Odkryj je teraz