Gabriel urodził się 4 lata, dziesięć miesięcy i dwadzieścia osiem dni temu, wiedział to tylko dlatego, że niechcący natknął się na swój akt urodzenia w niskich szufladach dużego pokoju.
Nie wiedział o uldze jaką poczuła jego matka kiedy nie płakał na sali porodowej. Pomyślała, że jest martwy, a jej życie wreszcie powróci do normy. Pełnej dobrej zabawy, picia, brania, muzyki i tańca. Jak jednak wpadka mogła popsuć jej całe życie? Przez głowę znowu przeszło jej pytanie: kto? I jak zwykle nie miała pojęcia, nie pamiętała twarzy mężczyzn poznanych siedem miesięcy temu. Miała osiemnaście lat, chciała zwiedzać świat. Z jednym poleciała do Japonii na festiwal, z innym wróciła, kolejnego znowu poznała na miejscu. Zlewali się ze sobą...
Podczas gdy położna uwijała się wokół przygotowując wcześniaka i sprawdzając jego stan ona odcięła się od świata tłumiąc hałas i ból, modliła by był martwy.
Coś do niej mówili, ale nie mogła niczego usłyszeć. Potem zabrali dziecko i poszli powiadomić jej matkę. Kobietę surową i wymagającą od której uciekła. Która, gdy się o wszystkim bardzo szybko dowiedziała spoliczkowała ją i wyzwała od najgorszych kurew, a potem kazała urodzić. Pilnowała żeby nie piła, paliła ani nie brała.
O tym, że nie umarł, dowiedziała się dużo później. Matka wsadziła ją na wózek i zawiozła do sali z innymi noworodkami. Pokazała chłopczyka, którego urodziła choć nie chciała, a ona znienawidziła go od pierwszego spojrzenia. Mały łysy szczur, który zabrał jej całą wolność... Z czego tu się cieszyć?
To dziecko ją przerażało. Nie krzyczało, nie łapało jej za palce. Popłakiwało czasami cicho, ale wystarczyło je nakarmić by znowu wpatrywało się pusto w przestrzeń. Matka wezwała do tego doktora, który stwierdził, że to może być jakieś uszkodzenie mózgu.
Uciekła przy pierwszej okazji. Umarła ze strzykawką w żyle w jakimś opuszczonym budynku i nikt za nią nie płakał.
A mały Gabriel rósł, w domu gdzie jego babcia cały czas spędzała w pracy, a prababcia siedziała z nim w domu opowiadała historie których nie mógł zrozumieć. Ona jedna miała dla niego uśmiech i ciepło brzmiące słowa. W końcu nauczył się mówić, ale robił to bardzo rzadko i tylko do prababci. W końcu odeszła i babcia, a ich sytuacja się pogorszyła. Żyli na emeryturze staruszki, musieli wyprowadzić się do mniejszego mieszkania w podłej dzielnicy. Bawił się sam, nigdy nie wychodząc z domu, od czasu gdy sprzedawczyni w sklepie nazwała go małym mongołem i wywaliła jego prababcię z nim ze sklepu. Nawet tak zwykła inność była w tamtych stronach ledwo tolerowana. Jego matka puściła się z jakimś obcokrajowcem, pewnie za pieniądze, kto by chciał widywać takie coś?
Choć nie rzucał się w oczy, nie zaznaczał wszędzie swojej obecności krzykiem i płaczem, nie można było powiedzieć, że był głupi. Rozumiał większość z tego o czym rozmawiali ludzie w telewizji. I gdy pewnego dnia prababcia zabrała go z niewielką torbą jego rzeczy do wielkiego samochodu wiedział, że stało się coś nadzwyczajnego. Nienawidził niespodzianek, wiec natychmiast zamknął się w sobie i zaczął liczyć.
Dom do którego przyjechali był ogromny i niesamowity. Jak zamki w bajkach które leciały w telewizji. Tym bardziej był przestraszony i cichy. Po co go tu zabrano?
A gdy dwóch wysokich mężczyzn otworzyło im drzwi, skrył się za babcią nie chcąc ich pogniewać swoim widokiem. I wtedy babcia oznajmiła, że jest spokrewniony z tym niższym.
Słowo tata było dla niego kompletną abstrakcją. Oczywiście wiedział kim powinien być taki mężczyzna. Opiekunem rodziny, przynoszącym do domu pieniądze, kupującym prezenty i czytającym na dobranoc bajki. Ale on nie miał rodziców, a już na pewno ojca. Widoczne podobieństwo było dla niego jasne, ale na świecie żyło podobno dużo ludzi. Więc...
CZYTASZ
Wariatkowo --- Malec AU
FanfictionPowalona historia, powalonych ludzi. AU: Magnusa po raz kolejny zdradzono. Traci chęć do projektowania mody, kochania, a wkrótce i do życia. W końcu jego przyjaciele zmuszają go do pójścia na terapie. Podobno bardzo pomogła już bratu Izzy, modelki i...
