- Wieszczu? – odczekałem chwilę i dla pewności raz jeszcze zapukałem w drzwi do pokoju Adama. Jego mama, gdy wpuściła mnie do mieszkania, poinformowała mnie, że młodszy z braci Mickiewiczów jest w jednym z tych swoich humorów. – Wieszczu, jesteś tam?
- Nie – dobiegło mnie zza zamkniętych drzwi.
Zadumałem się przez moment nad tym ontologicznym paradoksem.
- To w takim razie z kim rozmawiam?
- Ze swoim sumieniem.
- Aha? – zerknąłem na zegarek. Najwyraźniej trafiłem na jeden z jego humorów. – I co ono mówi?
- Że byłoby miło, gdyby nasza trójka potrafiła choćby przez pięć minut nie być ze sobą skłócona, bo to się już robi nie do wytrzymania.
No tak. Rozalia nadal się do mnie nie odzywała. W zasadzie zaniechałem już prób pogodzenia się. Po pierwsze, moją głowę zaprzątały sprawy daleko bardziej absorbujące. Po drugie, do czego doszedłem po wielu godzinach bezsennej introspekcji, tym razem nie było tu mojej winy. W zasadzie powinna mi podziękować. Wyszarpnąłem ją niemal dosłownie spod kół pędzącego samochodu.
Serce na moment zabiło mi gwałtowniej na wspomnienie o monstrualnej, rozpędzonej ciężarówce, która przemknęła nam wtedy tuż przed nosami. To z kolei uruchomiło reakcję łańcuchową. Przypomniałem sobie wypadek Adama.
O nie...
Znowu wszystko wróciło. Ugięły się pode mną nogi i oparłem się czołem o drzwi adamowego pokoju, dysząc ciężko i zaciskając pięści.
Nie myśl o tym. Nie myśl. Przestań myśleć o czymkolwiek...
- Teflon? – zza drzwi dobiegł mnie przytłumiony głos. – Jesteś tam jeszcze?
Zebrałem się do kupy. Potrząsnąłem głową.
- Tak – rzuciłem. – Wpuścisz mnie w końcu?
- Właź.
Wlazłem. Adam leżał na łóżku z laptopem na kolanach.
- Coś ty taki blady? – zapytał na powitanie.
- Mam niedobory karotenu w organizmie. Nieważne – machnąłem ręką. – Jak się czujesz?
Adam wyglądał już znacznie lepiej niż jeszcze kilka tygodni temu. Odrosły mu włosy, ścięte na okoliczność operacji (niemyślniemyślniemyśl), przybrał na wadze, przez co jego radiowe oblicze nie wydawało się już tak zapadnięte.
Obok łóżka ustawione były kule.
- Zaczynam chodzić – pochwalił się Adam, widząc, że kule ściągnęły moją uwagę. – Masz moje słowo, Teflonie, jeszcze przed świętami będę w plenerowej formie. Będziemy musieli wybrać się gdzieś we trójkę, zanim jeszcze udam się na zamorską wyprawę do Zjednoczonego Królestwa, by towarzyszyć mojemu bratu w jego drodze na ślubny kobierzec.
Coś było nie tak, zorientowałem się nagle. Wieszcz przemawiał odrobinę zbyt kwieciście jak na jego charakter i dziwnie strzelał oczami na wszystkie strony. Na jego twarzy błąkał się dziwaczny uśmieszek, od którego zrobiło mi się nieswojo.
- Dobrze się uczujesz? – zapytałem ostrożnie. – Wyglądasz trochę, jakbyś miał gorączkę.
- Czuję się prężnie i kwitnąco – zapewnił mnie Adam. – Nie, czekaj, cofam to. Czuję się... – zamilkł na moment, szukając w przepastnych otchłaniach swej pamięci odpowiedniego słowa – ...tektonicznie.
- Tektonicznie? – powtórzyłem z trwogą.
- Tak! – Adam niemal podskoczył w łóżku. – Bo widzisz, doznałem iluminacji.
CZYTASZ
Bracia Śliny
Teen Fiction"To będzie historia o wielu rzeczach. Na przykład o gofrach. Gofry są w niej bardzo istotne, choć pewnie trochę czasu minie, zanim do tego dojdę. Podobnie jak do kumkwatów, które również są ważne, choć nie aż tak, jak gofry (kumkwaty to takie owoce...
