Rozdział 1.10

194 16 5
                                        


Przez kilka kolejnych dni sytuacja była dość płynna. Teflon nadal był obiektem przemocy, którą średnio skutecznie starali się temperować nauczyciele, choć daleko nie wszyscy – z relacji Rozalii wiedziałem, że niektórzy członkowie ciała pedagogicznego również są dość sceptycznie nastawieni co do idei niegnębienia osób nieheterycznych i czasami zdarzało im się odwracać wzrok, gdy ktoś podstawił nogę mojemu Bratu Śliny albo próbował dokonać na nim terapii konwersyjnej metodą pięści i kolana. Medea, na całe szczęście, stała za nim murem, bez litości tępiąc wszelkie przejawy agresji. Byłem jej za to niewyobrażalnie wdzięczny i starałem się wynagradzać jej to aktywnym uczestnictwem w kole artystycznym.

Próbowałem nawet naprawić rażące naruszenie parytetu, szukając głosów męskich do słuchowiska, jednak jakoś nikt nie był zainteresowany. Trójkowiec, którego próbowałem nagabywać w tej sprawie kategorycznie odmówił.

- Właśnie by uniknąć takich rzeczy stosuję swój system trójkowy – powiedział, gdy po raz, nomen omen trzeci podszedłem do niego zapytać, czy aby nie zmienił zdania w tej sprawie. – Sam widzisz, Wieszczu. Dręczenie, ciąganie po zajęciach nadprogramowych, dokładanie obowiązków. Oto czym kończy się wyrastanie ponad poziomy.

- Mogę cię o coś zapytać, Trójkowiec?

- Wal.

- Co ty właściwie robisz z całym tym zaoszczędzonym czasem?

- Spędzam – uśmiechnął się. – Delektuję się każdą wolną od trosk i obowiązków chwilą. Spójrz na tych ludzi, Mickiewicz – Powiódł dłonią po korytarzu, na którym kłębiło się kilkudziesięciu gimnazjalistów, niektórzy pochyleni nad książkami, niektórzy zapatrzeni w ekrany telefonów. – Wszyscy gnają przez życie na złamanie karku, tu korepetycje, tam koło naukowe, jeszcze gdzieś indziej prywatny angielski. Byle dostać się do lepszego liceum, w którym dowalą sobie jeszcze więcej. Byle dostać się na najlepsze studia. A potem pracę. A w pogoni za tym mirażem tracą zdrowie i radość i chęć do życia.

W oczach zapaliły mu się ogniki, trochę jak Medei opowiadającej o Illiadzie.

- Jak tak można, wieszczu? Rozglądam się i widzę ludzi zjadanych nerwami, żyjących w ustawicznym stresie, w strachu przed tym, że nie dorosną do oczekiwań rodziców, nauczycieli i społeczeństwa. To wyścig szczurów, w którym nie ma wygranych, bo ci, którzy dadzą z siebie najwięcej skończą jako zawałowcy jeszcze przed trzydziestką. Dlatego postanowiłem się wypisać z tej zabawy. Nie muszę brać udziału w wyścigu szczurów. Nie jestem szczurem. Uświadomiłem sobie, że życie na trójkę to najlepsze życie, jakie można wieść.

Zamilkł, przyglądając mi się uważnie. Poczułem, że nie mam nic więcej do dodania i przestałem maglować go o występy w słuchowisku.

Z drugiej jednak strony sytuacja uległa pewnej poprawie. Część dawnych znajomych Teflona ponownie zaczęła się do niego odzywać. Coś się regenerowało i choć Tomek nie był już tak rozchwytywaną duszą towarzystwa jak przed wyautowaniem, to przynajmniej niewielka część szkolnej społeczności zdawała się go akceptować. Wciąż nie wszyscy czuli się komfortowo w jego towarzystwie, ale po cichu liczyłem na to, że z czasem i to się zmieni.

Dowiedziałem się też w końcu, skąd absolutny brak obaw Teflona i Rozalii w świetle tworzącej się właśnie husarii zorganizowanej na terenie naszej szkoły. We wtorkowe popołudnie, już po zajęciach Teflon – zamiast swoim zwyczajem wrócić do siebie – rozsiadł się wygodnie na pierwszym piętrze szkolnego korytarza, tuż przy otwartym oknie.

- Nie idziesz? – zapytałem zdziwiony, na co on pokręcił głową, otworzył okno odsunął nieco ławkę od ściany, tak, by móc usiąść jak najbliżej parapetu. Wyciągał właśnie z plecaka opakowanie popcornu, gdy zaintrygowany przyłączyłem się do niego.

Bracia ŚlinyOpowiadania do pokochania. Odkryj je teraz