W stołówce zastałem Agnieszkę i Sebę. Ta pierwsza pomachała do mnie wesoło. Rozejrzałem się desperacko, szukając wolnego miejsca gdzie indziej.
Zauważyłem subtelną rekonfigurację otoczenia – część osób jakby nabrała dodatkowych wymiarów, rozpierając się na całą możliwą szerokość, sugerując mi tym samym, że dosiadanie się niekoniecznie będzie najfortunniejszym pomysłem. Myślałem, że przywykłem już do tego, ale za każdym razem czułem się tak, jakby ktoś wbijał mi szpilkę w żołądek. Taką, która zostaje na długo, zanim w końcu wyśliźnie się i wypadnie.
Tymczasem Agnieszka nadal machała wesoło ręką, tym samym ściągając na siebie uwagę kolejnych spojrzeń. Ktoś parsknął śmiechem, ktoś zazgrzytał widelcem po powierzchni talerza, a ja zrozumiałem, że będę musiał tam usiąść, jeśli nie chcę przez resztę dnia chodzić głodny.
Ruszyłem zatem w ten marsz wstydu, z ciężkim sercem i burczącym brzuchem.
- Nie masz tego więcej? – zapytał Seba zatrzaskując książkę. – W tym stylu, bo ciekawe.
- Jasne, że mam – pokiwała głową. – Ale Derridy ci nie dam, bo za trudny. Bez urazy, ale jeszcze nie jesteś gotowy na Derridę. Zepsuje ci głowę.
- Co ty robisz? – zapytałem Agnieszki, ostrożnie ustawiając talerz na blacie. Na szczęście stół znajdował się blisko i marsz między zdradliwymi rzędami ławek, z których w każdej chwili mogła wysunąć się czyjaś podstawiona stopa nie był uciążliwy.
- Karmię Sebastiana chlebem – oznajmiła pogodnie.
Przyjrzałem się podejrzliwie Nietypowemu Sebie.
- Z tego co widzę je zupę – zaobserwowałem. – I to dość głośno przy tym siorbiąc.
- Gorąca jest – usprawiedliwił się Sebastian, przewracając kolejną stronę książki, którą konsumował równolegle z obiadem.
- Jeny, no, metaforycznym chlebem – uściśliła Agnieszka. – To znaczy Kropotkinem. Przerobiliśmy już całego Marksa, Różę Luksemburg i Ursulę Le Guin. Tę ostatnią w ramach rozrywki.
- Le Guin? – zmarszczyłem czoło. – Co ona wspólnego z czymkolwiek?
- Była anarchistką. Nie wiedziałeś?
Westchnąłem rozdzierająco.
- Sebastianie – zwróciłem się w stronę pogrążonego w lekturze Nietypowego Seby. – Może ty mi wyjaśnisz, co wy oboje właściwie wyprawiacie? Skąd w ogóle wzięła się twoja fascynacja marksizmem-leninizmem?
- Właściwie to jestem anarcho-komunistką – uściśliła Agnieszka.
Machałem tylko ręką.
- Dmowskiego i resztę już przeczytałem – wyjaśnił Sebastian. – Teraz wnikam w drugą stronę.
- To nie jest odpowiedź na moje pytanie.
- Widzisz, Teflon – Sebastian wysiorbał z łyżki całą jej zawartość. – Kiedy przestałem być Typowym Sebą, tak jakby wszystko się we mnie wywróciło. Tak jakbym się zerwał z krótkiej smyczy i wybiegł na podwórko i nie wiedział, co robić dalej, czy uciec za bramę, czy do kurnika, czy z powrotem do budy? Jeśli nie jestem Typowym Sebą, to jakim Sebą jestem?
- Nietypowym – dopiero teraz uświadomiłem sobie, że przerwa niedługo się skończy, a ja nie zacząłem jeszcze swojej zupy. Natychmiast zabrałem się za nadrabianie tej karygodnej zaległości.
- No ale, co to znaczy „Nietypowym"? – drążył dalej Sebastian. – Jeśli mam być Jakimś Sebą, to muszę najpierw poznać wszystkie opcje, no nie? A to wcale nie są proste rzeczy.
CZYTASZ
Bracia Śliny
Teen Fiction"To będzie historia o wielu rzeczach. Na przykład o gofrach. Gofry są w niej bardzo istotne, choć pewnie trochę czasu minie, zanim do tego dojdę. Podobnie jak do kumkwatów, które również są ważne, choć nie aż tak, jak gofry (kumkwaty to takie owoce...
