Rozdział 1.3

335 21 9
                                        


- Idziesz?

- No nie wiem... – głos po drugiej stronie słuchawki wpadł w tonacje jękliwe, można by nawet rzec, że niemal minorowe. – Jest sobota, wieszczu.

Przełożyłem komórkę do drugiej ręki, by wsunąć na siebie kurtkę. Rzuciłem okiem za okno. Wydawało się ciepło i zasadzie mógłbym poprzestać na samej bluzie, ale wczoraj wieczorem tata skarżył się na swoją migrenę, co było nieomylnym znakiem, że zbliża się gwałtowna zmiana pogody. Migreny taty były pod tym względem niezawodne, najstarsi górale z Zakopanego przy nim wymiękali, jeśli chodziło o precyzję w przewidywaniu zmian meteorologicznych.

- No właśnie – powiedziałem. – Jest sobota. Najwyższy czas, by wyjść na miasto, zażyć świeżego powietrza, dokonać procesu socjalizacji.

- Nie możemy socjalizować się przez Internet, jak normalni ludzie? – zapytał. – Obiecałeś mi wspólne przejście kampanii w Left4Dead.

- To nam nie ucieknie.

- A co nam ucieknie?

- Rekonstrukcja historyczna.

Po drugiej stronie Teflon westchnął szumiąco.

- To nie jest żadna rekonstrukcja historyczna – poirytował się. – Raz w roku kilkadziesiąt osób urządza tandetny festyn, a dwadzieścia dużych dzieci z garnkami na głowach tłucze się pogrzebaczami wśród jakichś krzaczorów za miastem.

- Brzmi nieźle – uznałem po chwili zastanowienia.

- Jeśli jesteś troglodytą, to na pewno.

- Daj spokój, Teflon. – jęknąłem. – Nudzi mi się. Prawie nie znam miasta, nie wiem gdzie tu można coś robić. Nie przywykłem do siedzenia w mieszkaniu, wychowywałem się na świeżym powietrzu.

- Jak zwierzę? – zatrwożył się mój rozmówca. – No cóż, łączę się z tobą w bólu, Adamie Mickiewiczu. Obawiam się jednak, że zamiast tego wolę poświęcić się regeneracji po ciężkim tygodniu. Nie możesz pójść sam?

- Mogę, ale jeśli nie będzie tam nic interesującego, to zmarnuję pół dnia.

- Aha. I wolisz, żebyśmy zamiast tego obaj zmarnowali pół dnia? Bo mogę cię zapewnić, wieszczu mój nieszczęsny, że dokładnie tak się stanie.

Zrozumiałem, że sytuacja wymaga trudnej sztuki dyplomacji.

- Z dobrze poinformowanego źródła słyszałem, że będzie darmowe żarcie – rzuciłem niedbale.

Po drugiej stronie zapanowała cisza.

- Darmowe? – upewnił się.

- Rozalia mi powiedziała. Ona jest członkinią tego całego bractwa rycerskiego, więc raczej wie, o czym mówi.

- No cóż... – w głosie Flenowicza Tomasza pojawił się cień wątpliwości. – Skoro tak, to można zajrzeć. Faktycznie, może przyda mi się trochę świeżego powietrza.

- Za pół godziny pod przystankiem autobusowym koło szkoły? – zaproponowałem.

- Bliżej i wygodniej będzie spod pomnika Sienkiewicza – uznał. – Wiesz, gdzie to jest?

- Dowiem się – podsunąłem sobie laptopa i odpaliłem mapę.

- No dobra, to za pół godziny tam. Jakby co, to dzwoń.

Odetchnąłem z ulgą i rozłączyłem się. Pięć minut później byłem już na zewnątrz.

Teflona dręczyłem nie z sadystycznej przyjemności, tylko z czystej desperacji – ja naprawdę miałem już serdecznie dosyć ciągłego siedzenia w ciasnym i dusznym mieszkaniu. Do Wiatrorzyc przeprowadziliśmy się dwa tygodnie temu i od tamtego czasu prawie w ogóle nie poznałem miasta – nadal traciłem orientację i gubiłem się w uliczkach wykraczających poza moje osiedle. Kursowałem tylko między swoim domem, szkołą i, okazjonalnie, mieszkaniem babci, której przynosiłem czasem zakupy albo sprawdzałem, czy czegoś nie potrzebuje.

Bracia ŚlinyOpowiadania do pokochania. Odkryj je teraz