Epilog (2.0)

274 21 19
                                        


- ...w porządku? – usłyszałem nad uchem i niemal podskoczyłem, bo głos był aż nazbyt znajomy. Odwróciłem się i zobaczyłem szkolną Trucicielkę, która wyminęła mnie na chodniku.

- Flenowicz? – powtórzyła, przypatrując mi się z niepokojem. Na jej pyzatej twarzy cały czas malował się wyraz troski, tak niepodobny do zwyczajnego wzburzenia goszczącego na jej obliczu w trakcie lekcji języka polskiego.

- Ach, pani Ola – uśmiechnąłem się z wysiłkiem. – Miło panią zobaczyć poza szkolnymi murami.

Uśmiechnęła się i dopiero teraz zauważyłem, że ma przy sobie siatkę z zakupami. Uświadomiłem sobie, że nauczyciele poza szkołą są również ludźmi. Że po powrocie do domów nie wyłączają się w oczekiwaniu na kolejny dzień, tylko żyją swoim życiem, wracają do swoich domów, może nawet mają jakieś zainteresowania wykraczające poza tematy okołolekcyjne.

Dziwna to była myśl, ale też i pora była dziwna. Pierwszy śnieg spadł zaledwie kilka dni temu i jakby z dnia na dzień zmrok zaczął zapadać znacznie wcześniej. Mieliśmy właśnie późne popołudnie, które wyglądało jednak jak głęboki zmierzch.

- Ciebie również, Tomku. Dokąd się wybierasz?

- Na spacer – szedłem na cmentarz, ale jakoś w ogóle nie miałem ochoty tego mówić Medei. – Przewietrzyć głowę, rozumie pani.

Pokiwała głową, wciąż jednak przyglądała mi się zaniepokojona.

- Domyślam się, że jest ci teraz trudno – powiedziała po chwili. – Chcę tylko, żebyś wiedział, że jeśli będziesz potrzebował rozmowy... to ja zawsze jestem do twojej dyspozycji. Czasami rozmowa z drugą osobą naprawdę może dużo pomóc.

Wypadek śnił mi się co noc. Czasami widziałem to nawet na jawie. Ten cudowny, bezmózgi wieszcz, który zatyka uszy i wychodzi a jezdnię, a potem...

Staram się wyrzucić z pamięci to, co było potem. Nikomu nic dobrego nie przyjdzie z rozpamiętywania. A już na pewno nie mnie.

- Dziękuję – pokiwałem głową. – Pani pedagog mówiła mi to samo. Proszę się o mnie nie martwić.

- Jestem twoją wychowawczynią – była bardzo poważna. – Jeśli tylko uznasz, że mogę ci jakoś pomóc, to nie wahaj się i przyjdź do mnie.

Przez moment – przez jeden bardzo krótki moment chciałem ją zatrzymać i zrzucić z siebie to wszystko, co leżało mi na duszy. Tutaj, na tym mokrym chodniku, w tej mokrej uliczce, w obecności mojej nauczycielki. Naprawdę chciałem to zrobić. Powstrzymałem się jednak i kiwnąłem tylko głową.

- Bardzo to doceniam – odpowiedziałem. – Raz jeszcze dziękuję.

- Uważaj na siebie Tomku – znów spojrzała na mnie jak jeden człowiek na drugiego, a nie jak nauczycielka na ucznia. Z jakiegoś powodu poczułem gniew, chciałem na nią nakrzyczeć, kazać jej się schować z tym swoim współczuciem, ale powstrzymałem się. Wiedziałem, że to głupie myśli i że w niczym to by mi nie pomogło. Poczułbym się tylko, o ile to możliwe, jeszcze gorzej.

- Proszę uważać przy przechodzeniu przez jezdnię – powiedziałem, żegnając się z Trucicielką. Nauczycielka pokiwała głową i odeszła.

W małym kiosku obok cmentarnej furtki kupiłem mały, czerwony znicz i paczkę zapałek. Zerwał się silny wiatr i zaczął prószyć śnieg, a skryte w mroku Wiatrorzyce nagle stały się niemal ładne.

Wszedłem na cmentarz. W normalnej sytuacji zacząłbym teraz odruchowo rozważać plan działania na wypadek inwazji zombie, ale tego dnia... tego dnia wyjątkowo nie miałem na to ochoty. To nie była normalna sytuacja. Daleko jej było do tego.

Bracia ŚlinyOpowiadania do pokochania. Odkryj je teraz