Rozdział 2.14

132 7 0
                                        

Czułem się tak, jakby minęły dwa lata. 

Co było głupie – rozmawialiśmy przecież raptem siedemnaście godzin temu (liczyłem). Najwidoczniej mózg wpadniętej osoby dziwnie postrzegał czas.

Bo że byłem wpadnięty, nie było co do tego żadnych wątpliwości. Totalnie, całkowicie, a prawdopodobnie i nieodwracalnie wpadnięty, wpadnięty bez nadziei na wypadnięcie z tych kędzierzawych włosów i musierowiczowych dołeczków.

Jan stał pod zegarem, jak obiecał, co chwila zerkając na dzierżonego w dłoni smartfona, drugą ręką co i rusz czochrając sobie włosy. Padał lekki śnieg, osnuwając okolicę delikatną warstewką bieli, przez co nieszczególnie estetyczne zwykle centrum miasta tego wieczoru narzucało skojarzenia z pączkiem posypanym cukrem-pudrem.

Spanikowałem, co przyznam z nijakim wstydem. Nie miałem pojęcia, co zrobić z rękami – Hamleta postanowiłem zostawić na ten wieczór u Wieszcza. Obaj szybko się zaprzyjaźnili, ale nie zdziwiło mnie to. Hamleta nie dało się bowiem nie uwielbiać od pierwszego wejrzenia, więc nawet taki choleryk jak mój nieszczęsny Brat Śliny nie był w stanie oprzeć się kudłatemu urokowi osobistemu. Lubienie Adama z kolei wymagało pewnego wyrobionego smaku, ale – na szczęście – Hamlet, po kontrolnym polizaniu Wieszcza po policzku, uznał, że jest to osoba w jak najbardziej jego guście.

Jan uniósł głowę i uśmiechnął się na mój widok.

Serce zabębniło mi w piersi. Co powiedzieć? Jak zacząć tę rozmowę? To musi być coś elokwentnego, ale nie pretensjonalnego, błyskotliwego, ale nie przemądrzałego, uroczego, ale nie infantylnego... Gorączkowo przeszukiwałem zwoje mózgowe w poszukiwaniach stosownego otwarcia konwersacji, ale uśmiech janusowego oblicza działał na mnie rozbrajająco.

- Eee... – powiedziałem elokwentnie i zamilkłem. Ta nędzna samogłoska wisiała między nami niezręcznie, aż w końcu mój biedny mózg raczył wygenerować kolejne słowo: – Jestem.

Nieźle, jęknąłem wewnętrznie. W takim tempie do najbliższego przecinka dojadę, przy sprzyjających wiatrach, za jakieś trzy tygodnie.

Jan nie wydawał się jednak przejęty moim niedostatkiem elokwencji.

- Cieszy mnie to niepomiernie – oznajmił. – Co powiesz na mały spacer przed kawą?

- Kawą – powtórzyłem głupio.

Jan zmarszczył czoło, ale uśmiechnął się, przez co przez moment jego twarz wyglądała jak dwa zdjęcia nieumiejętnie połączone w fotoszopie.

- Kawą – potwierdził. – Nie wiem, Teflonie, czego oczekiwałeś po naszej dzisiejszej randce, ale muszę z góry cię ostrzec, że nie jestem łatwy. Wręcz przeciwnie. Moje dotychczasowe doświadczenia nauczyły mnie niejakiej przezorności.

- Nie uważałem, że będziesz łatwy – odparłem natychmiast, czując jak płoną mi uszy. – Ja też nie jestem łatwy. Jestem trudny. Bardzo trudny. Jak Dark Soulsy.

- Jesteś trudną osobą? – Jan uśmiechnął się.

Uznałem, że po powrocie do domu będę musiał odbyć poważną rozmowę z moim mózgiem. Zawodzić mnie w takiej chwili!

- Jestem – przyznałem zdetonowany. Nawet dla samego siebie, złośliwie dodałem w myślach.

Jan pokiwał głową.

- W takim razie wszystko wskazuje na to, że się dogadamy.

Odetchnąłem zimnym powietrzem. W powietrzu unosiła się wieczorna mgła, zaskakująco gęsta. Sunęliśmy niespiesznie chodnikiem w kierunku parku.

Bracia ŚlinyOpowiadania do pokochania. Odkryj je teraz