Rozdział 1.13

178 13 1
                                        


Było zimno – nawet w czapce, kurtce i grubej bluzie z kapturem dotkliwie odczuwałem przenikliwy chłód wczesnego poranka. W zwyczajnych okolicznościach o tej porze przewracałbym się jeszcze na drugi bok i rozważał, jak szybko uda mi się wziąć prysznic i zjeść śniadanie, by wykroić sobie jeszcze kilka minut półprzytomnego leżenia pod kołdrą.

Ale nie tym razem. Dziś moja dziewczyna wyjeżdżała na miesiąc do Wielkiej Brytanii na wymianę uczniowską i to była moja ostatnia okazja, by zobaczyć ją jeszcze przed podróżą.

Moja dziewczyna, powtórzyłem w myślach i uśmiechnąłem się, szczelniej wbijając tył głowy w kaptur. Dopiero co się poznaliśmy, a już muszę się z nią rozstać – i to akurat w momencie, w którym za nic w świecie za nic w świecie nie chciałbym się z nią rozstawać.

Przyspieszyłem kroku. Minąłem sklep, zamknięty plac zabaw i stary budynek sądu rejonowego, aż w końcu dotarłem na miejsce.

W ostatniej chwili. Rodzice Rozalii pomagali jej pakować bagaże do samochodu. Chciałem podejść, ale Walkiria zauważyła mnie wcześniej. Powiedziała coś do swojej mamy i ruszyła w moją stronę.

- Myślałam, że nie przyjdziesz – powiedziała.

- Że zostawię cię bez pożegnania? Nigdy bym tego nie zrobił.

Uśmiechnęła się. Przytuliłem ją, wciąż myśląc o tym, że przez następny miesiąc nie będę miał szansy tego zrobić.

- To tylko cztery tygodnie – szepnęła. – Nie zdążysz nawet porządnie zatęsknić.

- Już tęsknię – zapewniłem ją. – Co ja bez ciebie zrobię, Walkirio?

- Będziesz Adamem Mickiewiczem. Będziesz się pakował w kłopoty i wychodził z nich cało i pomagał ludziom wokół siebie. A potem mówił, że wcale taki nie jesteś.

- Bo nie jestem.

Roześmiała się.

- Chodź tu.

Przytuliła się jeszcze mocniej.

- Adam?

- Mhm?

- Mogę cię o coś zapytać?

- Jasne. O co tylko chcesz.

- Czemu ty i Teflon mówicie na siebie „Bracia Śliny"? Bo wiesz, to brzmi trochę jakbyście...

- Wiem – przerwałem jej zawstydzony. – Ale nic z tych rzeczy. Faktycznie, nie przemyślałem tej nazwy – Przyznałem i opowiedziałem jej o tym, jak wraz z Flenowiczem Tomaszem, wzorem północnoamerykańskich Indian, zawarliśmy przymierze braterstwa w szkolnej toalecie na pierwszym piętrze naszego gimnazjum.

- To piękne – powiedziała poważnym głosem. Nie nabijała się. Naprawdę uważała, że ten głupkowaty, niedorzeczny gest był czymś wyjątkowym. – Ze wszystkich rzeczy, jakie o tobie wiem, ta jest chyba najpiękniejsza.

- Ale dopiero po tym, jak dokładnie umyliśmy ręce – dodałem z uśmiechem.

Staliśmy tak jeszcze przez moment, po czym tata Rozalii zawołał, że muszą już jechać. Pocałowałem ją na pożegnanie, ale delikatnie, z ostrożnością. Nie chciałem zepsuć tego momentu.

Przez chwilę patrzyłem jeszcze na znikający w porannej mgle samochód. Spojrzałem na wyświetlacz telefonu – do rozpoczęcia zajęć została jeszcze prawie godzina. Nie chciałem wracać do mieszkanie, więc poszedłem okrężną drogą, zamierzając przechwycić Teflona w chwili, gdy będzie wychodził ze swojego domu.

Bracia ŚlinyOpowiadania do pokochania. Odkryj je teraz