Problem z miłosnymi rozterkami Trójkowca pęczniał przez kilka kolejnych godzin lekcyjnych. Jego zmarszczone, zaczerwienione z gniewu i upokorzenia czoło świeciło tam, gdzie zwykło świecić przez całą jego karierę gimnazjalną, to jest w ostatniej ławce przy oknie. Nikt nie miał ochoty go zaczepiać, nie po nieudanej interwencji. Aga tylko spozierała w jego kierunku od czasu do czasu, za każdym razem wzdychając przy tym z mieszaniną rezygnacji i dogłębnego zaniepokojenia.
Dość już, pomyślałem, gdy zabrzmiał w końcu finalny dzwonek. Wystarczy mi wrażeń na jeden dzień. Dziś spędzę resztę dnia na wypoczynku i kontemplacji. Trójkowiec – dawny Trójkowiec – do pewnego stopnia miał rację. Warto jest zaoszczędzić nieco czasu, by zadbać o higienę psychiczną. Wyprowadzę Hamleta na spacer, wpadnę do Wieszcza, celem wspólnej konsumpcji kultury masowej i gier video, po czym udam się na zasłużony odpoczynek senny, a będzie to – nie miałem pod tym względem żadnych wątpliwości – sen sprawiedliwego.
I z tymi ambitnymi planami ruszyłem raźnym krokiem przez korytarz. Tak jest, pomyślałem stanowczo, zadzierając podbródek, dziś Teflon nie wpakuje się już więcej w żadną dziwaczną sytuację.
Niestety, Wszechświat miał dla mnie inne plany, gdy bowiem skręcałem w boczny korytarz wiodący do wyjścia ze szkoły, pod moimi nogami zaplątało się coś miękkiego, siedzącego na podłodze pod ścianą. Interakcja ta była tak niespodziewana, że straciłem równowagę i wyłożyłem się jak długi na podłodze, tuż pod drzwiami sali matematycznej.
- Co, u diabła? – warknąłem, zbierając się szybko do pozycji wyprostowanej i rozglądając się na wszystkie strony po pustoszejącym powoli korytarzu, węsząc jakiś wygłup albo zasadzkę nieprzyjaznych sił.
- Uważaj jak łazisz, grubasie! – usłyszałem z okolic podłogi.
Popatrzyłem w dół. Pod moimi stopami półsiedział, półleżał szczyl marki pierwszoklasista. To o te indywiduum potknąłem się w chwili nieuwagi.
- Wybacz – rzuciłem odruchowo, po czym mój mózg dogonił resztę wypowiedzi. – „Grubasie?". Szacunku do starszych cię nie nauczono?
- Spieprzaj, dzbanie – rzuciło piewszoklasowe dziecię. W normalnych okolicznościach srogo bym się pewnie oburzył, ale źródło sypiących się na mnie inwektyw było tak liche, że zamiast tego budziło co najwyżej instynkt macierzyński.
- Czemu w ogóle siedzisz pod ścianą? – rzuciłem poirytowany. – Na głównym korytarzu są co najmniej dwa rzędy wolnych krzesełek.
- Nie interesuj się, bo kociej mordy dostaniesz – odparło indywiduum. – Z głównego nie widać drzwi.
Zmarszczyłem się na obliczu.
- Jakich drzwi? – urwałem i podążyłem spojrzeniem za wzrokiem dzieciaka. Niedorosłe indywiduum wpatrywało się w stare, mocno już rdzewiejące blaszane drzwi wmontowane w ścianę korytarza naprzeciwko nas. – Za kogo ty się w ogóle uważasz, że się tak do mnie odzywasz?
- Maks.
- Ten Maks czy ta Maks? – zapytałem, albowiem wygląd dzieciaka nie dawał mi pod tym względem żadnych rozstrzygających wskazówek. Indywiduum było chude, zaplątane w o dwa rozmiary za dużą czarną bluzę z kapturem i wyposażone w kruczoczarne włosy w stanie permanentnego rozczochrania. Jako że głos miało wciąż jeszcze przedmutacyjny, brzmiało niczym bardzo wulgarna kreskówkowa wiewiórka.
- Maks – rzuciło.
- Wiem, ale... – poczułem się trochę jak idiota. Westchnąłem. – Czy jesteś chłopcem czy dziewczynką?
CZYTASZ
Bracia Śliny
Teen Fiction"To będzie historia o wielu rzeczach. Na przykład o gofrach. Gofry są w niej bardzo istotne, choć pewnie trochę czasu minie, zanim do tego dojdę. Podobnie jak do kumkwatów, które również są ważne, choć nie aż tak, jak gofry (kumkwaty to takie owoce...
