Rozdział 2.18

192 8 2
                                        


Problem z miłosnymi rozterkami Trójkowca pęczniał przez kilka kolejnych godzin lekcyjnych. Jego zmarszczone, zaczerwienione z gniewu i upokorzenia czoło świeciło tam, gdzie zwykło świecić przez całą jego karierę gimnazjalną, to jest w ostatniej ławce przy oknie. Nikt nie miał ochoty go zaczepiać, nie po nieudanej interwencji. Aga tylko spozierała w jego kierunku od czasu do czasu, za każdym razem wzdychając przy tym z mieszaniną rezygnacji i dogłębnego zaniepokojenia.

Dość już, pomyślałem, gdy zabrzmiał w końcu finalny dzwonek. Wystarczy mi wrażeń na jeden dzień. Dziś spędzę resztę dnia na wypoczynku i kontemplacji. Trójkowiec – dawny Trójkowiec – do pewnego stopnia miał rację. Warto jest zaoszczędzić nieco czasu, by zadbać o higienę psychiczną. Wyprowadzę Hamleta na spacer, wpadnę do Wieszcza, celem wspólnej konsumpcji kultury masowej i gier video, po czym udam się na zasłużony odpoczynek senny, a będzie to – nie miałem pod tym względem żadnych wątpliwości – sen sprawiedliwego.

I z tymi ambitnymi planami ruszyłem raźnym krokiem przez korytarz. Tak jest, pomyślałem stanowczo, zadzierając podbródek, dziś Teflon nie wpakuje się już więcej w żadną dziwaczną sytuację.

Niestety, Wszechświat miał dla mnie inne plany, gdy bowiem skręcałem w boczny korytarz wiodący do wyjścia ze szkoły, pod moimi nogami zaplątało się coś miękkiego, siedzącego na podłodze pod ścianą. Interakcja ta była tak niespodziewana, że straciłem równowagę i wyłożyłem się jak długi na podłodze, tuż pod drzwiami sali matematycznej.

- Co, u diabła? – warknąłem, zbierając się szybko do pozycji wyprostowanej i rozglądając się na wszystkie strony po pustoszejącym powoli korytarzu, węsząc jakiś wygłup albo zasadzkę nieprzyjaznych sił.

- Uważaj jak łazisz, grubasie! – usłyszałem z okolic podłogi.

Popatrzyłem w dół. Pod moimi stopami półsiedział, półleżał szczyl marki pierwszoklasista. To o te indywiduum potknąłem się w chwili nieuwagi.

- Wybacz – rzuciłem odruchowo, po czym mój mózg dogonił resztę wypowiedzi. – „Grubasie?". Szacunku do starszych cię nie nauczono?

- Spieprzaj, dzbanie – rzuciło piewszoklasowe dziecię. W normalnych okolicznościach srogo bym się pewnie oburzył, ale źródło sypiących się na mnie inwektyw było tak liche, że zamiast tego budziło co najwyżej instynkt macierzyński.

- Czemu w ogóle siedzisz pod ścianą? – rzuciłem poirytowany. – Na głównym korytarzu są co najmniej dwa rzędy wolnych krzesełek.

- Nie interesuj się, bo kociej mordy dostaniesz – odparło indywiduum. – Z głównego nie widać drzwi.

Zmarszczyłem się na obliczu.

- Jakich drzwi? – urwałem i podążyłem spojrzeniem za wzrokiem dzieciaka. Niedorosłe indywiduum wpatrywało się w stare, mocno już rdzewiejące blaszane drzwi wmontowane w ścianę korytarza naprzeciwko nas. – Za kogo ty się w ogóle uważasz, że się tak do mnie odzywasz?

- Maks.

- Ten Maks czy ta Maks? – zapytałem, albowiem wygląd dzieciaka nie dawał mi pod tym względem żadnych rozstrzygających wskazówek. Indywiduum było chude, zaplątane w o dwa rozmiary za dużą czarną bluzę z kapturem i wyposażone w kruczoczarne włosy w stanie permanentnego rozczochrania. Jako że głos miało wciąż jeszcze przedmutacyjny, brzmiało niczym bardzo wulgarna kreskówkowa wiewiórka.

- Maks – rzuciło.

- Wiem, ale... – poczułem się trochę jak idiota. Westchnąłem. – Czy jesteś chłopcem czy dziewczynką?

Bracia ŚlinyOpowiadania do pokochania. Odkryj je teraz