Rozdział 2.1

347 19 3
                                        


- Teflonie?

- Hm? – uniosłem głowę, wyrywając się z zamyślenia.

- Rozalia mnie zdradza.

Mój serdeczny przyjaciel, Adam Mickiewicz, zwany powszechnie Wieszczem, wydał z siebie przepełnione frustracją westchnięcie i odłożył tablet na szafkę stojącą obok szpitalnego łóżka, po czym zakopał się głębiej pod kocem – tak, że wystawała spod niego jedynie górna połowa jego nachmurzonego oblicza.

- Jakim cudem doszedłeś do takiego wniosku? – zapytałem z niejakim roztargnieniem, po postanowiłem połączyć wizytę u mojego cierpiącego na łożu boleści Brata Śliny (nie pytajcie) z przygotowaniami do olimpiady z polskiego, w którą podstępnie wmanewrowała mnie Medeea Trucicielka, to znaczy nasza pani od polskiego.

Wieszcz nie odpowiedział, wykonał tylko gniewny ruch podbródka w stronę tabletu. Sięgnąłem po urządzenie i zacząłem przeglądać, co też wprawiło Adama w tak posępny, można by nawet rzec, minorowy nastrój.

- Zdjęcia Rozalii z jej wizyty w Wielkiej Brytanii? – raz po raz przesuwałem palcem po ekranie dotykowym. – Rozalia z jakimś blondynem przed pałacem Buckingham... Rozalia na tle zanieczyszczonego przez gołębie pomnika, o ile dobrze rozpoznaję, Lorda Nelsona... Rozalia z tym samym blondynem co wcześniej w herbaciarni...

- Sześćdziesiąt cztery procent zdjęć, na których jest Rozalia, jest w towarzystwie tego typa – wyburczał Wieszcz. – Nazywa się Kevin, jest od niej trzy lata starszy, ma krzywe zęby i słucha Nicklebacka. Przeanalizowałem każde zdjęcie, które Rozalia wrzuciła w ciągu ostatnich dwóch tygodni. Mam to wszystko w folderach, posortowane w kolejności chronologicznej, geograficznej i tematycznej. Wiesz, co to oznacza?

Zmarszczyłem czoło.

- Że masz osobowość neurotyczną? – spróbowałem zgadnąć.

W odpowiedzi Adam zakopał się pod kocem jeszcze głębiej i zmienił się tym samym w małego, rozwścieczonego pagórka. Chyba się obraził, bo odwrócił się do mnie plecami.

Westchnąłem.

- Nie sądzisz, że odrobinę przesadzasz? – zapytałem odkładając tablet z powrotem na miejsce. – To chyba oczywiste, że w zwiedzaniu miasta towarzyszy jej autochton.

- Sześćdziesiąt cztery procent! – warknął w odpowiedzi. – To jest przesada! Poza tym... nie akceptuję tego autochtona. Nie w takich proporcjach. Dwadzieścia procent bym zrozumiał. Góra trzydzieści. Ale tyle? Policzyłem na ilu zdjęciach ją obejmuje, i...

- Nie chcę tego słuchać – zawołałem, demonstracyjnie przykładając dłonie do uszu. – Jako twój najlepszy przyjaciel i duchowy przewodnik stwierdzam, że histeryzujesz.

- Coś się dzieje? – usłyszałem wesoły głos zza drzwi sali, przez które moment później wyjrzała wygolona na zero absolutne głowa Zenona, starszego brata Wieszcza.

- Cześć, Zordon – uśmiechnąłem się na jego widok, a mój uśmiech poszerzył się jeszcze bardziej, gdy zobaczyłem, trzyma w rękach blaszane pudełko. Znalem to pudełko i, co przyznaję z niejakim wstydem, było ono jednym z istotniejszych powodów, dla których możliwie często wpadałem odwiedzić Wieszcza w szpitalu.

- Przytargałem nową partię ciasteczek – potrząsnął lekko pudełkiem.

- Nie mam apetytu – Adam narzucił sobie koc na głowę.

Zordon zerknął w moją stronę.

- Co mu się stało?

- Adam ma sinusoidę psychiczną – pospieszyłem z wyjaśnieniem.

Bracia ŚlinyOpowiadania do pokochania. Odkryj je teraz