Rozdział 1.2

419 27 5
                                        


- Adam Mickiewicz – powiedział dyrektor Ziniarski nie odrywając spojrzenia od leżącego przed nim dokumentu. Wychyliłem się, by zobaczyć, to tam jest napisane, ale szybkie spojrzenie nauczyciela usadziło mnie z powrotem na moim miejscu.

Przełknąłem ślinę. Głośno – prawdopodobnie echo poniosło się po całym gabinecie dyrektora, nieskazitelnie czystym miejscu obwieszonym dyplomami i obrazami postaci historycznych. Oraz z paskudną, liniejącą paprotką ustawioną tuż obok drzwi, w taki sposób by każda wchodząca do środka osoba musiała się o nią potknąć.

Dyrektor Ziniarski nie był osobą, z którą jakikolwiek posiadający choćby dwie szare komórki uczeń chciałby wdawać się w dyskusję, wystarczył mi jeden rzut oka, by to stwierdzić. Aż za dobrze znałem ten typ nauczyciela. Niezłomny, niedający sobie w kaszę dmuchać, potrafiący na wylot przejrzeć wszelkie uczniowskie wybiegi, chwyty retoryczne i erystyczne, zgasić je, zareagować i obrócić sytuację na swoją korzyść. Jako jedyny nauczyciel w całym gimnazjum nie miał przezwiska – już to stanowiło wyraźny sygnał ostrzegawczy.

W dodatku uśmiechał się w sposób, który niechybnie budził niepokój duszy u każdego szkolnego cwaniaka. Żaden posiadający choćby okruch instynktu zachowawczego klasowy błazen nigdy nie wdałby się w dyskusję w takim nauczycielem.

Raz jeszcze szybko przeleciałem w myślach wydarzenia z ostatnich godzin i doszedłem do wniosku, że jestem kryty – nie licząc incydentu na lekcji u Medei nie zrobiłem niczego, co mógłby wyłapać najostrzejszy choćby radar. Oczywiście, nie oznaczało to, że powinienem nie mieć się na baczności. Bynajmniej.

- Tak, to ja – westchnąłem. – W czym mogę panu pomóc, panie dyrektorze?

Ziniarski uniósł wzrok i uśmiechnął się uśmiechem budzącym grozę w każdym sercu ucznia, który kiedykolwiek w życiu coś przeskrobał. Zniosłem to dzielnie.

- Mam przed sobą list – powiedział dyrektor, niedbale unosząc nad biurko kartkę zadrukowanego papieru – który, ściślej rzecz ujmując, jest wydrukiem maila otrzymanego wskutek korespondencji z pańską poprzednią wychowawczynią.

Zdębiałem. Ośmiornica doniosła na mnie dyrektorowi mojej nowej szkoły? Nigdy nie byłem z nią w dobrych stosunkach, nie spodziewałem się jednak, że moje klasowe wygłupy zrażą ją do mnie aż do tego stopnia. Już otwierałem usta, by z góry zaprzeczyć wszelkim oskarżeniom, ale Ziniarski spokojnie uniósł dłoń.

- Bez obaw – uśmiechnął się raz jeszcze. – Po pierwsze, nie ma tam niczego, co dyskwalifikowałoby pana już na starcie, panie Adamie. Z listów magister Osińskiej wynika, że jest pan – raz jeszcze zerknął na wydruk – „niezwykle zdolną jednostką uczniowską, która przy odpowiednim podejściu i ukształtowaniu mogłaby zostać wartościowym nabytkiem każdego gimnazjum."

Zmarszczyłem czoło. Nie były to słowa, którymi Ośmiornica opisywała mnie w czasie rozdawania sprawdzonych kartkówek albo w trakcie odpytywania przy tablicy.  "Próżny dzban" i "ciemniak głębinowy" należały do najłagodniejszych.

- Przepraszam, ale... co to w ogóle znaczy?

Dyrektor wstał.

- Panie Adamie – powiedział, odwracając się do mnie plecami i wpatrując się w okno wychodzące na rozkopane boisko szkolne. – Gimnazjum imienia Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego w Wiatrorzycach szczyci się imponującą renomą w całym województwie. Z pewnością słyszał pan o wielu znakomitych osobistościach, które wydała nasza placówka.

- Tak, pani Madejska wspominała... – za późno uświadomiłem sobie, że było to pytanie retoryczne. 

– Przepraszam. – Bąknąłem.

Bracia ŚlinyOpowiadania do pokochania. Odkryj je teraz