Rozdział 2.8

270 12 0
                                        


Nacisnąłem dzwonek.

Drzwi od mieszkania uchyliły się nieco i wyjrzała przez nie osoba, którą zidentyfikowałem jako rodzicielkę Wieszcza.

- Och – powiedziała na mój widok. – To ty Tomku.

- Owszem – kiwnąłem głową. – To ja, Flenowicz Tomasz, dla przyjaciół Tomek. Dokładnie ten sam co wczoraj, przedwczoraj, trzy dni wcześniej i cztery razy w zeszłym tygodniu. Zapewniam, że nie zostałem podstawiony, podmieniony ani nie przechwycono mojej tożsamości.

Uśmiechnęła się. Mama braci Mickiewiczów należała do tych osób, które są w stanie podnieść z ziemi rzuconą jej erystyczną rękawicę. Mogłem się założyć o cokolwiek, że to właśnie po niej Zordon odziedziczył swoją charyzmę.

- A skąd mogę o tym wiedzieć? – zapytała przekornie. – Wiatrorzyce obfite są w inteligentnych młodych ludzi z wysokim mniemaniem o sobie. Pamiętaj, Flenowiczu Tomaszu, dla przyjaciół Tomku, ja się tu wychowałam.

- Mogę to łatwo udowodnić – oświadczyłem. – Za moment powie mi pani to, co powiedziała mi wczoraj, przedwczoraj i w dniach wcześniejszych, czyli że Adam mówi, iż jest zmęczony i nie chce nikogo widzieć.

- To kazał mi przekazać – potwierdziła.

- Jestem na to przygotowany – oznajmiłem spokojnie. Zdjąłem z pleców tornister, otworzyłem go i wyciągnąłem z niego składane krzesełko turystyczne, jeszcze z czasów gdy mój tata parał się wędkarstwem. Rozłożyłem je, ustawiłem pod ścianą klatki schodowej i usiadłem na nim, ostentacyjnie zakładając nogę na nogę. Z kieszeni kurtki wyciągnąłem zaś książkę, którą otworzyłem w oznaczonym okładką miejscu.

Kątek oka zerknąłem na nadal przyglądającą mi się mamę Mickiewiczową. Z trudem ukrywała rozbawienie.

- Tomaszu? – odchrząknęła, by stłumić chichot. – Mogę zapytać, co ty wyprawiasz?

- Poświęcam się lekturze w oczekiwaniu na to, aż Adamowi przejdzie zmęczenie i będzie skłonny się ze mną zobaczyć.

- Mechaniczna Pomarańcza? – wyciągnęła głowę, by lepiej przyjrzeć się okładce. – To chyba nie jest lektura dla osób w twoim wieku.

- Jestem niezwykle dojrzały jak na swój wiek – zapewniłem ją, dystyngowanym ruchem palca przewracając stronę.

- Och, nie wątpię – powiedziała. – Może przynieść ci coś do picia?

- Nie będzie to potrzebne, dziękuję – kiwnąłem jej głową.

Gdy zamknęły się drzwi, zacząłem odliczać minuty. Minęły cztery, zanim otworzyły się ponownie.

- Adam kazał ci przekazać, żebyś się nie wygłupiał i nie wywierał na nim emocjonalnej presji – przekazała mi mama Mickiewiczowa. – Powiedział, że to i tak nic nie da.

- A jak pani uważa? – zerknąłem na nią znad krawędzi książki.

Zadumała się.

- Myślę, że Adamowi przyda się trochę emocjonalnej presji – uznała. W jej glosie słychać było echa zmagań z fochami potomka przechodzącego uciążliwy proces rekonwalescencji. – Nie za dużo, oczywiście.

- W takim razie poczekam jeszcze trochę – oznajmiłem, wracając do lektury.

Minął kolejny kwadrans, z niewielkim hakiem, nim drzwi mieszkania państwa Mickiewiczów ponownie stanęły otworem.

- Adam kazał mi przekazać, że jesteś upartym draniem, który nie potrafiłby pojąć aluzji nawet gdyby wyskoczyłaby z krzaków i ugryzła go w tyłek. I że spotka się z tobą tylko po to, by w końcu zakończyć tę farsę.

Bracia ŚlinyOpowiadania do pokochania. Odkryj je teraz