Rozdział 2.7

250 14 6
                                        


- Jak to "dostał czwórkę?"

- Uwierz mi, Rozalio, wszyscy byliśmy w szoku – zapewniłem, przeciskając się niewielki, ale z każdą chwilę gęstniejący tłum zalewający szkolny korytarz. Było tuż po dzwonku na długą przerwę, ten magiczny moment każdego dnia, gdy szkolne korytarze zmieniają się w trwający piętnaście minut chaos. - W zasadzie to nadal jesteśmy.

- Chwilę mnie nie ma i wszystko zaczyna się sypać – Rozalia wywróciła oczami. Był to pierwszy dzień jej powrotu do szkoły. – Powinnam wiedzieć o czymś jeszcze? Jakieś katastrofy? Apokalipsy? Może nasza nauczycielka języka polskiego zaczęła fascynować się mitologią nordycką?

Wzruszyłem ramionami. Do tej pory nie wspominałem jej o Janie i cieszyłem się z tej decyzji, biorąc pod uwagę fakt, jak to się skończyło.

- Dam ci znać, jeśli coś mi przyjdzie do głowy – zapewniłem. – Tymczasem...

Nie zdążyłem dokończyć, bo Rozalię wypatrzyła właśnie chmara dawno niewidzianych koleżanek, które piskiem i okrzykami przywoływały ją do siebie.

- Wybaczysz? – uśmiechnęła się przepraszająco.

Pokiwałem głową ze zrozumieniem.

- Idź, Rozalio – westchnąłem teatralnie. – Zostaw mnie samego na pastwę losu, po długim okresie naszej rozłąki.

- Nie dramatyzuj, zaraz wracam. O, cześć Sebastian!

Nietypowy Seba, który pojawił się właśnie na horyzoncie zdarzeń, uśmiechnął się szeroko na nasz widok.

- Cześć, Rozalia – powiedział, ale ona już zniknęła w tłumie koleżanek. Westchnąłem ciężko. 

Naiwnie zakładałem, że po jej powrocie sytuacja wróci do względnej normy. Niestety, obsesja Wieszcza i moje własne rozterki chwilowo raczej to uniemożliwiały. Pisana jest ci samotność, Teflonie, pomyślałem melancholicznie.

- Co ci jest? – Seba najwyraźniej zaniepokoił się moim marsowym wyrazem twarzy.

Uśmiechnąłem się przymusem i pokręciłem głową

- Nic. Miałem dziwny sen. – zmieniłem temat, bo Sebastian, choć niewątpliwie był poczciwą duszą, niekoniecznie nadawał się na rozmówcę na tematy egzystencjalne. – Próbuję sobie przypomnieć, o co w nim właściwie chodziło.

Grubo ciosane oblicze Seby rozpromieniło się nieoczekiwanie.

- Tu ci mogę pomóc! – powiedział z entuzjazmem. – Gdy byłem mały, dziadek Leopold nauczył mnie sposobu na przypominanie sobie snów. Trzeba zadrzeć głowę daleko do tyłu, zwinąć dłoń w rurkę i spojrzeć przez otwór na sufit.

- I to działa? – spojrzałem na niego z ukosa, ale Sebastian był zbyt prostoduszny, by mnie wkręcać.

- Pewnie, że działa – pokiwał głową. – Ale też na początku nie wierzyłem. Raz, gdy miałem osiem lat, przyśnił mi się paskudny koszmar. Obudziłem się zlany potem, ale nie pamiętałem niczego, tylko że był naprawdę straszny. I wtedy przypomniałem sobie sposób dziadka Leopolda, zwinąłem rękę, spojrzałem w górę przez otwór w pięści i, mówię ci, od razu wszystko mi się przypomniało, z najdrobniejszymi szczegółami i w ogóle. Więc zacząłem drzeć się tak głośno, bo to było naprawdę straszne, że obudziłem połowę osiedla.

Z zadowoleniem pokiwał głową. Po chwili zmarszczył jednak czoło.

- Jak tak teraz o tym myślę, to chyba nie było to za mądre – przyznał. – Ale sposób działa, gwarantuję.

Bracia ŚlinyOpowiadania do pokochania. Odkryj je teraz