Rozdział 2.12

187 6 1
                                        


W gabinecie dyrektora czekała na mnie niespodzianka w postaci Agnieszki. Słowo daję, czasami wydaje mi się, że całym naszym gimnazjum jest może z osiem osób, a reszta to tylko bezimienni statyści.

- Och, pan Flenowicz – dyrektor Ziniarski uśmiechnął się tym swoim niepokojącym uśmieszkiem, od którego ciarki przechodziły człowiekowi po plecach. Nie chodzi o to, że był drapieżny, groźny albo nieprzyjemny. O nie, nic z tych rzeczy. Z takimi rzeczami zawsze można sobie poradzić uległością, pochlebstwami albo tępym biernym oporem. Ten uśmieszek był natomiast przenikliwy, sugerujący, że jego właściciel już dawno przejrzał rozmówcę na wylot, a sama konwersacja służy wyłącznie potwierdzeniu jego domysłów. Nic dziwnego, że budził tak wielki postrach wśród uczniowskiej braci.

- Obawiam się, że musi pan poczekać na zewnątrz – mówił dalej dyrektor. – Mam teraz...

Agnieszka obróciła się w krześle, na którym siedziała naprzeciwko biurka Ziniarskiego. Wydawała się kompletnie nieporuszona powagą sytuacji, w jakiej się nalazła (bo wylądowanie na dywaniku u Ziniarskiego zawsze było poważną sytuacją), trochę jak motyl w rurze wydechowej samochodu, który ma lada moment odpalić.

- Nie, Tomek może zostać - uznała swobodnie. Ziniarski, mocno zaskoczony zachowaniem delikwentki, wzruszył ramionami i gestem zaprosił mnie do gabinetu.

Przyznam, że skwapliwie wkroczyłem do środka, taszcząc za sobą to nieszczęsne Krzesło Prawdy. Strach przed konfrontacją z głową ciała pedagogicznego osłabł nieco. Oczywistym było, że dyrektor nie miał jeszcze doświadczenia w interakcjach z Agą i obserwowanie jak zdobywa to doświadczenie mogło być całkiem interesującym przeżyciem.

- A zatem... - odchrząknął. – Pani Agnieszko. Kilka dni temu otrzymałem anonimową wiadomość od zatroskanej osoby trzeciej, która opisała mi pani zachowanie na jednej z niedawnych demonstracji politycznych...

- Której? – zapytała konkretnie Aga. – Bo wie pan, ja jeżdżę na wszystkie w okolicy. I wiele innych w całym kraju. 

Dyrektor zaszeleścił wydrukowaną kartką, którą trzymał w dłoni.

- Chodzi o warszawski marsz...

- A, to wiem – machnęła lekceważąco ręką. – I co w związku z nim?

- Tak... wraz z wiadomością dostarczono mi materiał video nakręcony w trakcie tamtej demonstracji. Widać na nim panią, pani Agnieszko.

- No tak – pokiwała głową Aga i popatrzyła na Ziniarskiego jakby rozmawiała z czterolatkiem. – Byłam na tamtym marszu, więc to logiczne, że widać mnie na nagraniu.

Powstrzymałem się przed parsknięciem śmiechem.

- Oczywiście – uśmiechnął się blado dyrektor. – Nie to budzi moją ciekawość. Chodzi mi raczej o pani zachowanie w trakcie tamtej demonstracji.

- To znaczy?

Ziniarski mocniej chwycił leżącą przed nim kartkę.

- Z tego co rozumiem w trakcie marszu nastąpił pewien incydent – powiedział. – Doszło do przepychanek, w trakcie których rzuciła się pani z pięściami na bardzo znanego lewicowego polityka... który, pozwolę sobie zauważyć, gabarytowo był od pani co najmniej dwa razy większy i trzy razy szerszy... krzyczą przy tym – Raz jeszcze zerknął na dokument. – „Antifa Jaworzno".

Uniósł wzrok, by spojrzeć w gorejące niewinnością oczy Agi.

- Antifa Jaworzno? – zapytał.

- Antifa Jaworzno – potwierdziła.

Antifa Jaworzno, pomyślałem.

- Antifa Jaworzno... – powtórzył w zamyśleniu Ziniarski. Po chwili jakby się ocknął. – W każdym razie, zanim panią odciągnięto, zadała mu pani co najmniej trzy ciosy pięścią w brzuch, krzycząc przy tym „Przeproś za Różę Luksemburg, morderco!". W chwili, w której rozmawiamy film z tym wydarzeniem ma już ponad siedemnaście tysięcy odsłon.

Bracia ŚlinyOpowiadania do pokochania. Odkryj je teraz