Rozdział 1.7

178 15 3
                                        

Zabrzmiał dzwonek.

- Flenowicz, Mickiewicz. Zostańcie chwilę. Resztę klasy zapraszam na przerwę.

Wymieniliśmy z Teflonem zaniepokojone spojrzenia. Jeszcze tego tylko nam brakowało, by Medea się do nas przyczepiła. Czy nigdy nie będzie końca korowodowi mąk naszych i udręk?

Gdy klasa opustoszała już, a za ostatnią uczennicą zamknęły się drzwi, pani Ola podniosła się zza swojego biurka i podeszła do nas. Nie wydawała się poirytowana.

- Och, chłopcy – powiedziała lekko wilgotnym głosem. Z jakiegoś powodu zaniepokoiło mnie to bardziej, niż spodziewane oznaki gniewu. – Nie miałam pojęcia, że tu w mojej klasie... jak Herakles i Hylas... Tezeusz i Pejritoos...

Raz jeszcze spojrzałem na Teflona, który w żadnym razie nie przypominał Tezeusza, o Heraklesie nawet nie wspominając. Co do pozostałych dżentelmenów nie mogłem mieć pewności, znałem ich bowiem tylko ze słyszenia, ale i tak wątpiłem by którykolwiek z nas dorastał do wyśrubowanych standardów antycznej urody męskiej.

- Obawiam się, że nie rozumiem... – zaczął nieśmiało Tomek.

- W piątkowy wieczór odbyłam długą rozmowę telefoniczną z dyrektorem naszej szkoły, który wytłumaczył mi waszą trudną sytuację – wyjaśniła Medea.

Na mojej twarzy musiało zagościć autentyczne przerażenie, bo natychmiast dodała:

- Nie musicie się niczego obawiać. Jako wasza wychowawczyni i prawdziwie oświecona kobieta dwudziestego pierwszego wieku będę bronić was i waszego związku, niczym Cerberus bram Hadesu!

- Naszego związku – nerwowo zacisnąłem wargi. – Obawiam się, że doszło do pewnej pomyłki, proszę pani. Ja i Tomek nie... to znaczy Tomek tak, jest Tezeuszem i Heraklesem. Ale, że tak to ujmę, sam z siebie i dla siebie, przynamniej dopóki na jego drodze życiowej nie pojawi się jakiś Pejritoos. Ja jestem raczej... – zastanowiłem się, przeszukując wątłe zasoby pamięci, by odnaleźć adekwatną analogię.

- Hefajstosem – podsunął usłużnie Teflon. – Dobre serce, radiowa twarz i, mimo szczerych chęci, nie idzie mu z kobietami.

Spiorunowałem go spojrzeniem.

Medea przyglądała nam się zdezorientowana.

- Czyli... nie jesteście jak Herakles i Hylas?

- W żadnym razie – zapewnił Teflon.

- Achilles i Patroklos? To może chociaż jak Orestes i Pylades? – wciąż nie dawała za wygraną.

- Przykro mi – odparłem. – Zwłaszcza nie jak Achilles, choć sam nad tym ubolewam.

Zamrugała.

- Nie, oczywiście... – powiedziała szybko, speszona. – Przepraszam was, panowie, po prostu założyłam...

- To absolutnie zarozumiałe – odrzekł mój Brat Śliny. – Zapewniam jednak, że mój serdeczny przyjaciel, obecny tu Adam „Hefajstos" Mickiewicz od jakiegoś czasu ma na oku pewną boską Afrodytę... choć posiadającą raczej manieryzmy Ateny, niźli bogini miłości... po prostu oferuje mi wsparcie psychiczne w tej niefortunnej dla mnie sytuacji.

- Teflon, błagam cię – jęknąłem cicho.

- Tak czy inaczej – Medea poprawiła okulary – moja deklaracja pozostaje w mocy. Na najbliższym zgromadzeniu rady pedagogicznej wspólnie zastanowimy się, w jaki sposób ukrócić prześladowania na tle homofobicznym. Tak, by obyło się już bez incydentów podobnych do piątkowego.

Zawstydzony opuściłem głowę.

- Idźcie już na przerwę – poleciła nam, zabierając z biurka dziennik i patrząc na zegarek. – Gdyby któryś z was chciał o czymkolwiek porozmawiać, pamiętajcie, że na dyżurze zawsze jestem do waszej dyspozycji – Uśmiechnęła się. – Poza dyżurem również, jeśli tego wymagać będzie sytuacja. No, idźcie już.

- I co o tym myślisz? – zapytałem Teflona, gdy znaleźliśmy się już na szkolnym korytarzu.

- To się skończy jakąś katastrofą – oznajmił z fatalistycznym spokojem. – Będą jakieś pogadanki, może apel i po miesiącu wszystko wróci do normy. To znaczy do nie-normy.

Chciałem mu odpowiedzieć, ale podeszła do nas jakaś dziewczyna z krótkimi włosami, kolczykiem w wardze i bluzie z kapturem. Nie znałem jej, choć mętnie kojarzyłem jej twarz ze szkolnej stołówki.

- Cześć – powiedziała.

- Cześć? – uniosłem brew.

Kiwnęła mi głową i odwróciła się do Teflona.

- Chcę tylko powiedzieć, że to obrzydliwe, co cię spotyka i jakby co, to jestem po twojej stronie – powiedziała. – nie wszyscy w tej szkole myślą, że jesteś zboczony. Niektórzy z nas mają mózgi, wiesz?

- Dzięki – odparł Teflon.

- No – nieznajoma kiwnęła głową po raz drugi, odwróciła się i odeszła.

- To było miłe – uznałem, przyjemnie zaskoczony.

- Nie – pokręcił głową Tomek. – To była Agnieszka. Ta, która nie je mięsa, wierzy w wędrówki dusz i czeka na koniec świata. Na fejsie jest stronka „Beka z Agnieszki" i ma więcej lajków, niż jakakolwiek znana mi blogerka modowa.

- A ja myślę, że to tylko wierzchołek góry lodowej – powiedziałem. – Ona ma rację, większość osób nie reaguje, bo nie chce sobie robić kłopotów z husarią. Ludzie myślą...

- Ludzie nie myślą – przerwał mi Teflon. – Przynajmniej niezbyt długo i niezbyt szybko. Robią tak jak robi większość, bo to łatwiejsze od myślenia. I nigdy się nie zmieniają, bo to bardzo trudne.

Westchnął.

- Chodź, Hefajstosie. Musimy stawić czoła rzeczywistości, a w tym konkretnym przypadku, kartkówce z geografii.

Bracia ŚlinyOpowiadania do pokochania. Odkryj je teraz