Rozdział 1.11

191 12 1
                                        


Wsunąłem na głowę słuchawki i poprawiłem leżące przede mną papiery. Agnieszka uniosła kciuk w górę. Siedzieliśmy, wraz z pozostałymi członkami koła artystycznego w sali informatycznej. Tydzień temu Agnieszka krytycznie obejrzała odstępny sprzęt i powiedziała, że przyniesie własny mikrofon, bo szkolny jest absolutnie do niczego.

- Zwykła pojemościówka, ale skoro na moje potrzeby wystarcza, to i na nasze powinno – powiedziała, stawiając przede mną fachowo wyglądający mikrofon.

- Dobra, sprawa wygląda tak – powiedziała, poprawiając mi słuchawki na uszach. – W słuchawkach będę puszczała ci dźwięki tła, żebyś mógł się lepiej wczuć w swoją rolę.

- A nie mogę po prostu tego przeczytać i sobie pójść? – zapytałem.

- No co ty – poirytowała się. – To musi być porządnie zrobione. Może ty jesteś Adam Mickiewicz i znasz się na literaturze, ale ja jestem Agnieszka Malicka i znam się na inżynierii dźwięku. Więc nie dyskutuj ze mną, dobra?

Rzuciłem okiem za siebie. Siedząca po drugiej stronie sali wraz z resztą grupy Rozalka zachichotała cicho.

- To, że nazywam się Adam Mickiewicz, nie znaczy jeszcze, że jestem dobry z literatury – poinformowałem oschle Agnieszkę.

- To akurat prawda – powiedziała Medea, również obecna przy całym tym procesie. – Jeśli się nie podciągniesz, Mickiewicz, możesz mieć problem z dostaniem czwórki na półrocze.

Parę osób parsknęło śmiechem.

- Możemy już zacząć? – zapytałem kwaśno.

- Jasne – Agnieszka raz jeszcze sprawdziła, czy ze sprzętem wszystko w porządku. – Masz tekst scenariusza?

Uniosłem nad głowę kilka zadrukowanych kartek papieru.

- Świetnie – siadła za komputerem. - Poczekaj, aż puszczę ci dźwięki tła. Zaczynaj, kiedy będziesz gotów. A resztę proszę o ciszę i cierpliwe czekanie na swoją kolej.

- No dobrze – odchrząknąłem i przygotowałem sobie pierwszą stronę scenariusza.

- Trzy, dwa, jeden i... jedziemy.

Dwadzieścia sekund później ocknąłem się na podłodze sali informatycznej, otoczony wianuszkiem przerażonych twarzy.

- Flenowicz! – krzyczała Medea. – Biegnij po panią higienistkę, natychmiast!

Zamrugałem. Czułem się kompletnie oszołomiony, ale chyba nie dolegało mi nic trwałego. Podniosłem się z wysiłkiem.

- Nie trzeba – krzyknąłem do Teflona, który już miał zniknąć za drzwiami. – Nic mi nie jest. Chyba – Dodałem niepewnie.

Potrząsnąłem głową, by uspokoić zawroty. Trochę pomogło, bo sala informatyczna przestała przypominać pokład statku na wzburzonym morzu, ale wciąż musiałem się przytrzymywać krawędzi biurka.

- Co się stało? – popatrzyłem na wciąż zaniepokojonych członków koła artystycznego oraz naszą mentorkę.

- Kiedy założyłeś słuchawki, nagle zamarłeś, targnąłeś się i spadłeś z krzesła – poinformowała mnie Rozalia. – Wyglądało to, jakbyś miał jakiś atak albo coś w tym stylu.

- Mickiewicz, miałeś kiedyś podobne objawy? – zapytała Medea.

Pokręciłem głową.

- Nie, proszę pani. Nigdy wcześniej nie doświadczyłem niczego podobnego.

Bracia ŚlinyOpowiadania do pokochania. Odkryj je teraz