Następnego dnia rano obudziłem się w podłym nastroju. Choć był piątek i czekało mnie tylko pięć godzin lekcyjnych, wiedziałem, że będzie to ciężka przeprawa. Choć bardziej bałem się o Teflona, niż o siebie – dla niego będzie to pierwsza prawdziwa próba sił ze szkolnym jadowitym terrarium. Podczas śniadania smętnie grzebałem łyżką w misce z płatkami śniadaniowymi z wysoką zawartością fosforu.
- Coś ty taki zdołowany? – tata spojrzał na zegarek po czym sięgnął po kolejnego tosta.
- Ciśnienie – rzuciłem, bo kompletnie nie czułem się na siłach, by tłumaczyć rodzicom złożonej sytuacji, w jaką zostałem wplątany. Nie chciałem się nawet zastanawiać, jak zareagowaliby na te rewelacje. Niestety, ich pokolenie nie miało wypracowanych schematów działania na takie okazje. Moje też, co prawda, radziło sobie z tym gorzej, niż źle, ale tam przynajmniej w niektórych przypadkach istniał potencjał do zmiany na lepsze. A przynajmniej taką żywiłem nadzieję.
Specjalnie wyszedłem wcześniej, by poczekać na Teflona na korytarzu i otoczyć go jednoosobowym kordonem sanitarnym zanim jeszcze przekroczy próg klasy. Przy oknie zauważyłem Rozalkę, która bardzo, ale to bardzo starannie udawała, że w żaden sposób nie rejestruje mojej obecności. I bardzo dobrze, pomyślałem, choć coś zarazem coś w mojej klatce piersiowej targnęło się i zaskomlało żałośnie. Zdusiłem sobie w to uczucie i siadłem na ławce pod ścianę, strategicznie lokując się w takim miejscu, by pozbawiona serca Walkiria nie musiała ryzykować kontaktu wzrokowego ze mną.
W końcu nadszedł Teflon. Nerwowo, ale pewnie wkroczył do budynku gimnazjum Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego w Wiatrorzycach.
- Trzymasz się jakoś?
Pokiwał głową, choć uśmiech miał niemrawy. Szybko rozejrzałem się po korytarzu, na szczęście nie dostrzegłem potencjalnego zagrożenia w postaci członków husarii. Po okolicy krążyło kilka grupek uczniów i, o ile mogłem stwierdzić, nikt nie przyglądał się Teflonowi z jawną wrogością. Oczywiście mogła to być jedynie cisza przed burzą.
- Wieszczu?
- No? – zapytałem, przerywając skanowanie otoczenia.
- Dzięki – powiedział z uczuciem w głosie.
- Nie wygłupiaj się – rzuciłem zawstydzony. – Umierałeś za mnie na gluten, pamiętasz? Takich rzeczy się nie zapomina. Wciąż wiszę ci za to.
Uśmiechnął się krzywo.
- I tak dzięki.
- Po prostu bądź Teflonem – poklepałem o po plecach. – Dasz radę, zobaczysz.
Minęła nas Rozalka, po raz pierwszy tego dnia zaszczycając mnie spojrzeniem. Powiało chłodem tak mocno, że nawet Teflon to wyczuł, bo aż zadrżał zewnętrznie.
- Co się dzieje? – uniósł brew i spojrzał na mnie pytająco.
- Nie chcę o tym mówić – mruknąłem, skanując zawzięcie, częściowo po to, by wypatrzyć zagrożenie, częściowo po to, by uniknąć wzroku Teflona. Wzmożona uwaga opłaciła się, bo przez okno zauważyłem, jak do szkoły zbliża się brygada husarska.
- Zarządzam ewakuację na pierwsze piętro! – oznajmiłem, ciągnąć mojego nieszczęsnego Brata Śliny w stronę schodów.
- Wieszczu, co się zadziało miedzy tobą, a Rozalią? – cisnął mnie Teflon. – Myślałem, że sprawy między wami idą w pomyślnym kierunku, nawet zgodziłeś się wystąpić z nią w słuchowisku, czyli medium, było nie było, oralnym.
- Pokłóciliśmy się – rzuciłem szorstko, bo naprawdę nie chciałem teraz zaprzątać sobie tym głowy. Usiedliśmy na ławce pod ścianą obok drzwi, tuż nad rozwieszoną wzdłuż ściany galerią największych pisarzy polskich. Zadarłem głowę, by zobaczyć, pod kim wylądowałem. Słowacki... przesunąłem się nieco, biorąc kurs na Świętochowskiego.
CZYTASZ
Bracia Śliny
Teen Fiction"To będzie historia o wielu rzeczach. Na przykład o gofrach. Gofry są w niej bardzo istotne, choć pewnie trochę czasu minie, zanim do tego dojdę. Podobnie jak do kumkwatów, które również są ważne, choć nie aż tak, jak gofry (kumkwaty to takie owoce...
