Nazajutrz obudziłam się w bardzo dobrym nastroju. Wstałam i z uśmiechem zaczęłam się ogarniać. Wyszłam z pokoju i zobaczyłam, że w salonie siedzi Dan.
- Co robisz? - spytałam.
- Nic.
- Jak to nic?
- Nudzi mi się. - westchnął.
- A gdzie reszta?
- Na śniadaniu.
- A ty czemu z nimi nie jesteś?
- Bo wcześnie wstałem i wcześnie zjadłem.
- Dobra... - ruszyłam do stołówki. Gdy otworzyłam drzwi, zobaczyłam, że w pomieszczeniu jest mnóstwo ludzi, którzy wzajemnie się przekrzykują. Najwięcej było ich chyba przy stołach z jedzeniem. Zaczęłam się śmiać, gdy zobaczyłam, jak Jack przeciska się przez tłum z dwoma miskami płatków, a następnie upada, popchnięty przez jakiegoś chłopaka. Wszystko oczywiście się rozlało, a chłopcy zaczęli się bić. Podeszłam do stołu, wzięłam dwie miski, wsypałam do nich płatki i nalałam mleka, po czym wzięłam łyżki i przedarłam się przez tłum. Jack właśnie skończył się bić z tamtym chłopakiem, więc podałam mu miskę z płatkami.
- Dzięki. - mruknął.
- Nie ma za co - uśmiechnęłam się. Razem ruszyliśmy do stołu, przy którym siedziała reszta. - Hejo! - przywitałam się.
- Hej - odpowiedzieli mi wszyscy.
- Jakie mamy plany? - spytałam.
- Na razie będziemy dużo trenować, by móc pokonać Omara. - powiedział Li.
- Musimy to zrobić szybko. Chcę odzyskać Tornada!
- Wiemy, jakie to dla ciebie ważne, więc będziemy mieć sporo treningów. - jedliśmy w milczeniu, a gdy skończyłam, wstałam i odłożyłam miskę. Postanowiłam się przejść.
Wyszłam na dwór i usiadłam na ławce w ogrodzie. Ptaki śpiewały wśród drzew i wszystko ładnie pachniało. Zastanawiałam się nad moimi nowymi umiejętnościami. Wyciągnęłam rękę nad trawą i pomyślałam o krokusie. Poczułam mrowienie w ręce, więc cofnęłam ją i zobaczyłam małego, białego krokusa. W taki sposób "wyczarowałam" jeszcze różę, tulipana, żonkila i mnóstwo stokrotek. Potem pomyślałam, że może w ramach odpoczynku przejdę się do miasta. Poszłam więc do mojego pokoju po torebkę, portfel i telefon. Radosna ruszyłam w stronę centrum. Chciałam pochodzić sobie po sklepach. Miałam ochotę wyrwać się na chwilę z tego niezwykłego świata i znów poczuć się normalna. Weszłam do mojego ulubionego sklepu i zaczęłam przeglądać ubrania. Znalazłam parę fajnych - bardzo spodobała mi się jasnoniebieska bluzka z białym wilkiem, wyjącym do księżyca. Bez wahania ją kupiłam i wyszłam ze sklepu. Chodziłam sobie po mieście, zastanawiając się nad różnymi rzeczami. Najbardziej nad legendami, no bo jeżeli istnieją wszystkie te magiczne istoty, to legendy muszą być prawdziwe. Byłam bardzo ciekawa, jak wygląda taki smok wawelski albo bazyliszek... W pewnym momencie usłyszałam jakieś krzyki. Rozejrzałam się dookoła. Moim wilczym wzrokiem dostrzegłam, że okradają bank! Dobrze, że wzięłam ze sobą całkiem sporą torebkę, bo dzięki temu mogłam wsadzić do niej bluzkę. Szybko ruszyłam w stronę banku. Gdy byłam już blisko, złodziej właśnie z niego wybiegał. Rzuciłam się za nim w pogoń. Usłyszałam coś jakby warkot, a po chwili zdałam sobie sprawę, że to JA warczę. Złodziej obejrzał się za siebie, uśmiechnął na mój widok i zatrzymał się. Worek z pieniędzmi postawił na ziemi.
- Co mi niby zrobisz, dziewczynko? - spytał z ironią. Odłożyłam torebkę na ziemię.
- Zaraz zobaczysz. - warknęłam. Mężczyzna zrobił zdziwioną minę. Skoczyłam na niego i przewróciłam go na ziemię. Spojrzał na mnie z lekkim przerażeniem.
- Twoje oczy... - tak, wiedziałam, że są topazowe. Mężczyzna zrzucił mnie z siebie i chwycił torbę z pieniędzmi. Nie wiem jak, ale kopnęłam go z półobrotu. Padł na ziemię. Ponieważ parę osób nas obserwowało, a ktoś właśnie skończył rozmawiać z policją, szybko złapałam moją torebkę i zaczęłam uciekać. Byłam pewna, że ktoś nagrał film czy zrobił zdjęcia całej tej sytuacji, ale się tym nie przejmowałam. Wróciłam do kwatery i schowałam bluzkę w szafie. Pogoda wciąż była ładna, więc postanowiłam jeszcze wyjść do ogrodu. Rozglądałam się za klatkami ze zwierzętami, gdyż miałam wielką ochotę odwiedzić Faira. Minęło trochę czasu, zanim w końcu je ujrzałam. Klatki były naprawdę duże i zwierzaki miały w nich sporo przestrzeni - musiało im być tu dobrze. Podeszłam do tej, w której był mój ognisty pies. Chyba ucieszył się na mój widok, bo szybko podbiegł do drzwi klatki.
- Cześć, malutki, co tam u ciebie? - pies zamruczał w odpowiedzi. Otworzyłam drzwi i go wypuściłam. Zaczął tak radośnie skakać, że aż ziemia się zatrzęsła, co sprawiło, że upadłam. Wstałam, a pies zaczął się tarzać po ziemi. - Jaki ty słodki jesteś! - roześmiałam się. Fair podniósł się i otarł o mnie, przez co znów znalazłam się na ziemi. Wtedy pies położył się obok mnie i przygniótł mnie swoją łapą.
- Fair, zejdź ze mnie! - krzyknęłam, a on spojrzał na mnie i wywiesił język. - Ha ha, bardzo śmieszne, ale zejdź ze mnie! - pies ani myślał mnie uwolnić. Próbowałam go z siebie zepchnąć, ale to na nic się nie zdało. Maksymalnie się skupiłam I po chwili wyrósł obok nas mały pączek. Westchnęłam rozczarowana, no bo chyba jednak stać mnie na więcej, nie? Wzięłam głęboki wdech i znów mocno się skupiłam. Ziemia przy nas lekko zadrżała, a Fair łypnął na mnie jednym okiem. Moja roślina rosła w naprawdę szybkim tempie - mały pączek prędko przemienił się w wielkie pnącze - coś wspaniałego! Okej, jedno się udało, teraz pozostaje pytanie, czy potrafię kierować roślinami... Cóż, zawsze można spróbować. Znów się skupiłam - chciałam, aby pnącze oplotło łapę psa. Przez dłuższą chwilę nic się nie działo, aż nagle pnącze owinęło się wokół łapy Faira i uniosło ją na tyle, że mogłam się wydostać. Pies cicho warknął, na co pokazałam mu język. Spojrzałam na roślinę i pomyślałam, że chcę, aby zniknęła. Już po chwili zaczęła się kurczyć, aż w końcu schowała się w ziemi.
- Super, mogę rozkazywać roślinom! - zaśmiałam się, rozglądając dookoła. Na ścieżce stał Tony.
- Ciekawe. - powiedział.
- Jak długo już tu stoisz? - spytałam, zaskoczona jego obecnością.
- Wystarczająco.
- Wredny jesteś.
- Czemu? - podszedł do mnie.
- Bo mi nie pomogłeś! - skrzyżowałam ramiona na piersi i odwróciłam się do niego tyłem.
- Przepraszam. - objął mnie. Prychnęłam.
- A tak w ogóle to po co tu przyszedłeś?
- Pan Kadam nas woła.
- Zaraz przyjdę.
- Zaczekam.
- No dobra. - westchnęłam i zaczęłam namawiać Faira, żeby wszedł do klatki, co też w końcu mi się udało. - Lepiej się pospieszmy - powiedziałam, ruszając w stronę siedziby.
Gdy weszliśmy do salonu, pan Kadam był trochę zdenerwowany. Zajęliśmy miejsca i czekaliśmy.
- Po pierwsze - zaczął mężczyzna. - kto posadził te kwiaty w ogrodzie? - zapytał. Zarumieniłam się i podniosłamI rękę do góry. - A dlaczego?
- Bawiłam się tą moją... mocą.
- To akurat będziesz robić jutro.
- Oki. - uśmiechnęłam się słodko.
- Teraz druga sprawa. Już prawie odkryłem sens tekstu z jaskini. Na chwilę obecną wiem tyle, że będziemy musieli się udać do jednej ze świątyń starożytnego kultu Juny, w której wybranka bogini będzie musiała zawyć.
- Co? Ale że ja?
- Tak.
- Ale ja nie umiem wyć!
- Ale będziesz musiała zawyć i to pod postacią wilkena.
- Przecież ja nawet się jeszcze nie przemieniłam! - zawołałam, czując, że jestem bliska paniki.
- No cóż, zobaczymy jak to będzie.
- Aha. Czy możemy już sobie iść?
- Tak. - odpowiedział, a ja natychmiast wyszłam z salonu, kierując się na podwórko. Reszta dnia minęła w zasadzie normalnie.
Wiem że nudne :P, ale następny rozdział będzie lepsze :D. Z całego serca chcę podziękować NemoBlacksky za pomoc mi ;), mam nadzieję że rozdział się podoba :D.
CZYTASZ
Wilken *ZAWIESZONE*
FantasyŻycie trzynstoletnej Karoliny zmienia się w mgnieniu oka gdy poznaje tajemniczego chłopaka Tonego. Jaką tajemnice skrywa chłopaka? I kim tak naprawdę jest Karolina? Splot nieszczęśliwych wydarzeń wciąga Karolinę w niezwykły świat magii i przygód, c...
