𝚇𝚇𝚅𝙸𝙸𝙸

676 55 118
                                        

𝚗𝚘𝚋𝚘𝚍𝚢 𝚝𝚊𝚔𝚎𝚜 𝚏𝚛𝚘𝚖 𝚖𝚎 𝚠𝚑𝚊𝚝 𝚒 𝚐𝚛𝚘𝚠.
~ '𝚂𝚎𝚌𝚛𝚎𝚝 𝙶𝚊𝚛𝚍𝚎𝚗' 𝚋𝚢 𝚂𝚙𝚒𝚛𝚒𝚝𝚋𝚘𝚡

R U T H

Było niedługo przed północą, kiedy zmywałam z twarzy i dłoni krew po tej ostro wycieńczającej misji. Wróciliśmy jakąś godzinę temu, aczkolwiek nie byłam w stanie robić nic innego, jak wyczekiwać wieści ze strony lekarzy odnośnie stanu Tony'ego, Rogers'a i Barnes'a. Dopiero niedawno, gdy ukończyli ich operowanie, oznajmili, iż aktualnie śpią i jedyne, co można zrobić, to czekać na ich wybudzenie. Uspokoił mnie ten fakt, jednakże czas oczekiwania był, mimo wszystko, dręczący. Dlatego poszłam do łazienki i zmywałam z twarzy krew, którą zostawiła mi Echo. Dalej nie bardzo rozumiałam, dlaczego krwawiłam w losowych momentach. Może mój organizm, mimo już sporego zaznajomienia z moim alter ego, dalej nie przyswajał jeszcze wielu rzeczy. Może wciąż było to fizyczne obciążenie. Jak się okazało, zaklęcie nie rozwiązało problemu, a uwidoczniło go jeszcze bardziej. Fakt, uratowało nam wtedy życie, ale zdecydowanie nie pomagało mi w codziennym życiu. Wręcz przeciwnie — wykańczało mnie, dzień po dniu.

Wymyłam i opłukałam również dłonie. Krew na nich należała z kolei do Barnes'a. Do tej pory miałam przed oczami jego zakrwawioną twarz. Ciężko było mi się pozbyć z myśli jego widoku. To było wręcz niemożliwe, gdy w dodatku towarzyszyła mi obawa, iż mógł tego nie przetrwać. Że mogło być za późno.

Po osuszeniu dłoni skierowałam się do pokoju, by ubrać się w wygodniejsze ciuchy. Nałożyłam dresy i bluzę. Nie miałam siły, by iść pod prysznic. Następnym przystankiem była kuchnia, gdzie zrobiłam sobie dwie kawy — tak, dwa podwójne espresso. Przelałam je do jednego, większego niż filiżanka, kubka i skierowałam się do sali, w której leżał Tony. Mogliśmy tam przebywać pod warunkiem, że nie będzie tłoczno i będziemy wymieniać się czasem odwiedzin. Nie mieliśmy z tym problemu. Priorytetem był ich powrót do sił i zdrowia, chcieliśmy więc zapewnić im pełny komfort.

Siedziałam aktualnie na krześle, przy łóżku Tony'ego. Spał spokojnie, z podpiętą aparaturą. Jego stan wyglądał na kiepski, ale jak się okazało zbroja Iron Man'a naprawdę ogromnie przyczyniła się do całkiem stabilnego wyjścia z sytuacji. Niestety jego strój nie nadawał się nawet do rozbiórki na części, ale zdecydowanie lepsze to, niż żeby Tony miał przyjąć na siebie te wszystkie obrażenia.

Przyglądałam się, jak spał. Jego twarz była rozluźniona, spokojna, a umysł zdawał się odpoczywać od wszelkich trosk i zmartwień. Szkoda, że w takich okolicznościach, ale przynajmniej raz mógł po prostu odciąć się od rzeczywistości i odetchnąć.

Pomyślałam o Clincie. Dlaczego z nim nie mogło potoczyć się tak, że leżałby na łóżku, dochodząc powoli do siebie? Dlaczego nie miał szansy na wyjście z opresji? Dlaczego to ja nie byłam wtedy na jego miejscu...

Nikogo bym nie martwiła, nie denerwowała. Nie przysparzałabym problemów, ludzie by się mnie już nie bali...

Clint był złotym człowiekiem. To nie on powinien wtedy zginąć.

Do moich oczu napłynęły łzy, toteż zamrugałam kilkakrotnie, aby je odgonić. Upiłam kilka łyków kawy i utkwiłam wzrok w Tony'm.

— Dziękuję — szepnęłam. — Że nas nie zostawiłeś.

Ułożyłam dłoń na jego nadgarstku, zaciskając go delikatnie. Wiem, że nie mógł tego dojrzeć, ale uśmiechnęłam się do niego szczerze. Byłam naprawdę wdzięczna, że to przetrwał. Cokolwiek się wydarzyło w starciu z tamtym psycholem.

Mirror Image: Ruthless | Bucky Barnes fanfictionOpowiadania do pokochania. Odkryj je teraz