𝚇𝚅𝙸𝙸𝙸

768 61 229
                                        

𝚜𝚘𝚖𝚎𝚠𝚑𝚎𝚛𝚎 𝚊𝚝 𝚝𝚑𝚎 𝚋𝚘𝚝𝚝𝚘𝚖 𝚒 𝚑𝚊𝚟𝚎 𝚗𝚘𝚠𝚑𝚎𝚛𝚎 𝚕𝚎𝚏𝚝 𝚝𝚘 𝚌𝚛𝚊𝚠𝚕.
~ '𝙶𝚛𝚊𝚟𝚒𝚝𝚢' 𝚋𝚢 𝙷𝚘𝚕𝚍𝚒𝚗𝚐 𝙰𝚋𝚜𝚎𝚗𝚌𝚎

R U T H

Siedziałam na schodach przed restauracją, wypalając dziś już czternastego papierosa. Patrzyłam tępo w jakiś punkt w oddali. Nie myślałam o niczym. Tak, wiem, nowość. Ale w moim umyśle zapanowała po prostu pustka. Nieprzyjemna, głucha pustka.

Kątem oka dostrzegłam, jak ktoś obok mnie usiadł. Nie bardzo rozpoznałam sylwetkę. Po zaciągnięciu się papierosem zerknęłam, komu chciało się dosiadać i marnować na mnie swój czas. Bo nie wróżę z tej rozmowy nic dobrego, skoro ja sama nie byłam nawet w stanie o czymkolwiek myśleć z całego tego zrezygnowania i zawodu poniesioną porażką.

— Musisz być mocno zdesperowany, skoro do mnie przyszedłeś — mruknęłam.

— Wydaje mi się, że to od ciebie dowiem się najwięcej — powiedział Robert. W jego głosie słyszałam nutę nadziei.

— Ale zdajesz sobie sprawę, że nie mogę o niczym mówić?

— Może jednak coś się znajdzie?

— Posłuchaj... — Dopaliłam papierosa i rzuciłam go w śnieg. — Domyślam się, że jest ci potwornie ciężko. Nie ma co się oszukiwać, słowa tego nie oddadzą i dobrze o tym wiesz. Ale nic nie może wyciec ze śledztwa. Skończyłoby się to dla nas dość kiepsko, bo mnie by wyjebali, a ty i tak nie miałbyś spokojnej głowy. Bo to tak nie działa, że nagle masz wszystkiego świadomość i już jesteś wyleczony.

— Chciałbym po prostu... — Usłyszałam, jak załamał mu się głos. — Chciałbym choć trochę wypełnić tę pustkę. Rozumiesz? — dokończył szeptem.

W odpowiedzi pokiwałam głową, po czym dodałam:

— Tylko, że ja i tak nie jestem w stanie ci pomóc.

Westchnął ciężko.

— Po prostu go dorwijcie. Proszę. — Wstał ze schodów i odszedł w stronę swojej rodziny, która stała nieopodal.

Nie odprowadziłam go jednak wzrokiem. Myślami byłam w momencie, w którym wypowiedział do mnie ostatnie słowa. I to było pierwsze od dłuższego czasu zdanie, które zaczęło wybrzmiewać w mojej głowie.

Nie chcę w to wszystko wierzyć, naprawdę nie chcę. Nie wiem, jak sytuacja mogła się powtórzyć. Jak można było dać się aż tak zakręcić wokół palca tej pieprzonej bestii.

Przetarłam twarz dłońmi. Następnie spojrzałam w niebo, które mimo wczesnej wieczornej godziny, było już bardzo ciemne. W końcu mieliśmy grudzień. To jedyne, czego mój umysł był pewny. I niestety na tym poprzestał.

— Berget.

Usłyszałam za sobą Barnes'a. Odwróciłam głowę w jego stronę. Stał w drzwiach restauracji.

— Hill cię wzywa.

— Idę — mruknęłam, ale nie ruszyłam się z miejsca.

Rozejrzałam się wokół, na wciąż przerażonych uczestników stypy, na rozstawione radiowozy i policjantów, na służby medyczne, po czym prychnęłam udawanym śmiechem. To po prostu kpina. A my tańczymy temu mordercy, jak pieprzone laleczki.

Podniosłam się z miejsca i nie obdarzając żadnym spojrzeniem czekającego na mnie bruneta, weszłam do środka.

Szybko zlokalizowałam Marię i dwóch policjantów, którzy siedzieli przy jednym ze stołów dla gości, a następnie podeszłam do nich.

Mirror Image: Ruthless | Bucky Barnes fanfictionOpowiadania do pokochania. Odkryj je teraz