Nielegał cz. 36

58 20 119
                                        

 *

          W ciągu trzech dni telefon dzwonił kilkanaście razy. Podejrzewała, że to McGoldie, choć Martinez również mógł się próbować z nią kontaktować. Nie wiedziała, kto dzwoni, nie chciała wiedzieć. Automatyczną sekretarkę wyłączyła. Rozmowa z kimkolwiek, nawet z Emiliem, ciągle wydawała się ponad jej siły. Szczególnie że nie wpadła na żaden sensowny pomysł, co dalej zrobić ze swoim życiem. A musiała podjąć jakąś decyzję, jakąkolwiek. Wyglądało jednak na to, że zarówno dobre pomysły, jak i podejmowanie dobrych decyzji nie były ostatnio jej mocną stroną.

     Kiedy usłyszała dzwonek do drzwi, nie miała wątpliwości, że to jej przełożony. Martinez pozostawał unieruchomiony ze złamaną nogą, więc tym razem to naprawdę nie mógł być nikt inny. Ale nie zamierzała otwierać. Nie chciała się widzieć z Burtem, tak jakby to ona zrobiła coś niewłaściwego. Do natarczywego dźwięku dzwonka dołączyło wkrótce gwałtowne dobijanie się – sądząc po odgłosie – pięścią. Serce zaczęło jej bić nieco szybciej. Ostrożnie i bezgłośnie podeszła w pobliże wejścia. Nasłuchiwała.

     – Charlie! – usłyszała po drugiej stronie. – Charlie! Wiem, że tam jesteś. Otwórz! Muszę się upewnić, że nic ci się nie stało, więc jeśli nie otworzysz, to będę zmuszony wyważyć te cholerne drzwi!

     Nie wątpliła, że McGoldie mógłby to zrobić. Serce przyspieszyło jeszcze bardziej. Jeśli nie otworzy, a Burt wyważy drzwi i zobaczy, że nic jej nie jest... Podeszła bliżej, robiąc głęboki wdech.

     – Nic mi się nie stało – powiedziała nieco podniesionym głosem, by mężczyzna mógł usłyszeć.

     – Otwórz – powtórzył.

     – Odejdź, Burt. Nie chcę nikogo widzieć.

     – Otwórz, albo wejdę z drzwiami.

     Westchnęła głęboko i przymknęła na chwilę oczy. Wiedziała, że Burt nie odpuści, zatem jej opór nie miał najmniejszego sensu. Zwłaszcza że tak czy inaczej musiałaby się w końcu z nim skonfrontować. Zagryzła wargę i odblokowała zamek. Uchyliła drzwi, ale nie otworzyła ich tak, żeby McGoldie mógł wejść. Rzuciła mu przelotne spojrzenie.

     – Jak widzisz, nic mi nie jest. Więc...

     – Charlie, co się dzieje? I nie wmawiaj mi, że nic, bo oboje doskonale wiemy, że nie zachowywałabyś się w taki sposób, gdyby nic się nie stało. Zaszyłaś się w domu, nie odbierasz telefonów, nie chcesz otworzyć mi drzwi. Mam prawo wiedzieć, co jest grane. Więc może zacznijmy od tego, że wpuścisz mnie do środka.

     Niechętnie odsunęła się, robiąc mu przejście. McGoldie wszedł jak do siebie i od razu skierował się w stronę kanapy. Rozsiadł się wygodnie, prawe ramię założył na oparcie, nogi wyprostował i wysunął przed siebie. Kiedy to zobaczyła, na moment wstrzymała oddech. Postąpił w tak obrzydliwy sposób, a teraz się zachowuje, jakby był nieskazitelny! Nagły żar uderzył na jej policzki. Podeszła i stanęła za oparciem fotela, w którym zwykle siadała. Zacisnęła na nim dłonie.

     – Słucham – odezwał się McGoldie.

     – Nie. To ja słucham – powiedziała lodowatym tonem.

     Jego nonszalancka poza przelała szalę goryczy i dziewczyna postanowiła nie dać się pokonać.

     – A konkretnie?

     – Może masz mi coś do powiedzenia, Burt? Coś bardzo ważnego. Dla mnie.

     Patrzyła mu prosto w oczy, odważnie, a nawet natarczywie. Nie zauważyła jednak, by choćby trochę się zmieszał. Odwzajemniał spojrzenie, równie odważnie, choć właściwie może tylko zwyczajnie, z umiarkowaną dozą zainteresowania.

NielegałOpowiadania do pokochania. Odkryj je teraz