Nielegał cz. 37

121 20 191
                                        

 *

          Dwa dni po wizycie McGoldiego znów usłyszała dzwonek do drzwi. Skrzywiła się z niezadowoleniem. Nie sądziła, że Burt okaże się aż tak niecierpliwy, zwłaszcza że ciągle się wahała, bo żadne rozwiązanie nie wydawało się dobre ani nawet lepsze od innego. Zrezygnowana powlokła się do wejścia z zamiarem odesłania szefa do wszystkich diabłów. W końcu miała prawo dostać trochę więcej czasu. Zamaszystym gestem otworzyła i już miała wyrzucić z siebie jakieś ostre słowa, ale na korytarzu zobaczyła Shivera. Zamarła niebotycznie zaskoczona. Kompletnie się go nie spodziewała. Szczerze mówiąc, nie spodziewała się nikogo innego z wyjątkiem Burta.

     – Cześć – odezwał się niepewnie. – Mogę?

     – Tak... Jasne.

     Zrobiła mu przejście, ale Shiver w przeciwieństwie do ich szefa nie udał się prosto na kanapę. Nie czuł się tutaj pewnie, ale nie było w tym niczego dziwnego. W mieszkaniu dziewczyny znalazł się po raz pierwszy. Poprowadziła go do części mieszkania ironicznie zwanej przez nią „salonem" i wskazała miejsce.

     – Może... Napijesz się czegoś? – zapytała i uświadomiła sobie, że ostatnimi czasy nie wykazywała się zbytnią gościnnością w stosunku do odwiedzających ją ludzi.

     – Właściwie... – Shiver sprawiał wrażenie trochę zakłopotanego. – Może być piwo. Jeśli masz.

     „Na odwagę?" – pomyślała, a głośno zapytała:

     – McGoldie cię przysłał?

     Shiver spojrzał na nią z uwagą, ale odezwał się dopiero po chwili.

     – Nie. Przyszedłem z własnej woli. Ale tak, wspominał nam, że moglibyśmy z tobą porozmawiać. Tyle że przyszedłbym, nawet gdyby tego nie powiedział.

     Nie odwrócił wzroku, więc albo to było szczere, albo Shiver był takim samym wyrachowanym graczem jak McGoldie. Ale tę ostatnią myśl szybko od siebie odsunęła. Nie chciała w to wierzyć. Nie Shiver. Nie... Shane.

     – Przyniosę piwo – powiedziała i poszła do części kuchennej, oddzielonej od reszty mieszkania ażurowymi półkami pełniącymi funkcję ścianek działowych.

     Wróciła po chwili z dwiema otwartymi butelkami i wręczyła jedną Shiverowi.

     – Cholera... Szklanki...

     – Nie trzeba – wpadł jej w słowo i napił się wprost z butelki. – Szklanki są dla mięczaków.

     – Albo dla Martineza – uśmiechnęła się. – Bywa... dystyngowany.

     Roześmiali się oboje, ale dziewczyna szybko spoważniała.

     – Wiesz, że trudno mi teraz wierzyć komukolwiek. Nawet tobie – powiedziała, nie zastanawiając się, że to „nawet" może zabrzmieć dwuznacznie.

     – Domyślam się. Ale Burt nie wie, że tu jestem i nawet nie musi się dowiedzieć.

     – A dlaczego postanowiłeś przyjść?

     Uśmiechnął się ledwo dostrzegalnie.

     – Bo powiedział, że rozważasz odejście, a my... Polubiliśmy cię i dobrze nam się z tobą pracuje. Szkoda by było, gdybyś zrezygnowała. Może to nie jest robota marzeń, ale masz świetny zespół.

     Być może jego słowa nie wywołałyby w niej aż takiej fali ciepła, gdyby wiedziała, że większością z Siódemki kierowało przede wszystkim współczucie. Może byli bezwzględnymi twardzielami, w pewnych sytuacjach pozbawionymi skrupułów, ale cztery lata współpracy z tą młodą, sympatyczną dziewczyną i fakt, że tak bardzo starała się ich nie zawieść i dawała z siebie wszystko, zrobiły swoje.

NielegałOpowiadania do pokochania. Odkryj je teraz