32

46 6 12
                                        

„Czyż nie jest przekleństwem widzieć siebie oczami kogoś, kto przestał nas kochać?"
Jean Paul Sarte

*  W przeszłości *

Pov. William

Patrzyłem i ogarniała mnie czysta, nieskalana wątpliwością odraza. Każdy rys jej twarzy wydawał mi się karykaturą, każda poza –żałosną. Kiedy otworzyła usta, coś się we mnie skręciło, jakbym miał się udławić samym dźwiękiem jej głosu.

Prychnienie, krótkie, ostre jak cięcie noża, rozbrzmiało w powietrzu.– to był jedyny komentarz, na jaki zasługiwała.

Najchętniej odwróciłbym się, zostawiając ją tam, gdzie jej miejsce – wśród śmieci, które nie były warte mojego gniewu.

– T-to twoja wina!– Wrzasnęła.

Przewidywałem taki bieg zdarzeń, chociaż spodziewałbym się zgoła innej scenerii.

Domniemywałem, że nadejdzie czas gdy będziemy musili zmierzyć się z prawdą. Nie frasowałem się nadmiernie, bo Aron na pewno zrozumie dlaczego musiałem podjąć pewne środki.

Nie był krystaliczny.

Przechyliłem głowę chcąc lepiej się przyjrzeć.

Nic szczególnego.
Musiała coś w sobie mieć... zmrużyłem oczy.

To farsa, jak mocno bym się nie przyglądał nic nie sprawi, że ćpunka okaże się warta cienia uwagi Arona.

Dziewczyna wtopiła ręce we włosy.

Otworzyłem usta kiedy zobaczyłem w dłoniach garści kłaków, które wyszarpała.
Zrobiłem krok do tyłu, to było wstrętne. Całe moje ciało poruszyło się w akcie obrzydzenia. Była wrakiem człowieka, zaledwie marnym odbiciem osoby.

Nie podobało mi się to, jak można mieć kontrolę nad czymś co samo nie wie jak się zachowa?

Nie poradziła sobie z tym co ją spotkało.

Odkaszlnąłem, czując, jak w mojej piersi narasta coś ciężkiego, coś, czego nie potrafiłem już zignorować. Pęd zdarzeń nabierał tempa, lecz zmieniał kierunek w sposób, który coraz bardziej mi się nie podobał. Nieokiełznane okoliczności zaczynały wymykać się spod kontroli, a ja nie mogłem do tego dopuścić. Musiałem dotrzeć do Arona – za wszelką cenę.

Usiłowałem zachować spokój, maskować prawdziwe emocje, ale ona mi to utrudniała. Każdym spojrzeniem, każdym słowem, każdym swoim żałosnym gestem doprowadzała mnie do skrajności. Jej niechlujne bytowanie drażniło mnie niemal fizycznie, lecz powstrzymałem się od okazania tej irytacji. Jeszcze nie czas.

– Co takiego chciałaś wyjawić? – Rozległ się nagle zdyszany, stanowczy głos Arona.

Spojrzałem w jego stronę. Stał tam, zaledwie kilka metrów od nas, po przeciwnej stronie Amaranty. Jego wyczucie czasu było, delikatnie mówiąc, dyskusyjne. Ale nie miało to już znaczenia. Akt się rozpoczął.

Scenariusz? Nieprzewidywalny.
Sceneria? Odludna, cicha – odpowiednia.
Aktorzy? Kwestia sporna.

Uśmiechnąłem się chłodno.

– Porozmawiajmy.

Jej reakcja była natychmiastowa. Parsknęła śmiechem, krótkim, gorzkim, przepełnionym zmęczeniem.

Run the risk [18+]Opowieści tętniące życiem. Odkryj je teraz