33

43 5 2
                                        

Pov. Antoni

Kiedyś godzinami potrafiłem marzyć o szczęśliwej rodzinie.
Co gdybym mógł porozmawiać z matką o wszystkim?
Gdybym mógł zawsze liczyć na ojca?
Co gdybym się ich nie bał?
Co gdyby nauczyli mnie jak nie nienawidzić siebie?

Byłbym inny, nie pozwoliłbym sobie na naiwną wiarę w iluzję. Nie rzucałbym się na okruchy wsparcia, zrozumienia i czułości.

Za długo zamykałem oczy, kiedy powinnienem je szerzej otworzyć. Za bardzo pragnąłem miłości.

Rzuciłem okiem na zasłony – zasunięte, tak jak powinny, ale nie potrafiłem się uspokoić. Czułem Williama, jakby stał tuż za mną, jakby tylko czekał, aż się odwrócę.

„Pobita dziewczyna."

Zapisałem to drżącą ręką, na jednej z kartek porozrzucanych po podłodze. Flora powiedziała mi o tym w ten swój sposób, jakby nie miało to żadnego znaczenia, jakby był to tylko kolejny z jej licznych szeptów, od tak plotka.

Ale jeśli to prawda...

„Flora."

Zrobiłem okrąg wokół jej imienia.

Ona wie.

Ona musiała wiedzieć od początku.

Gdzieś w klatce piersiowej rozlał mi się zimny strach, gęsty i lepki jak smoła.

„William."

Patrzył na mnie pierwszego dnia. Znał moje imię. Wiedział o mnie rzeczy, których nigdy mu nie mówiłem. Dał mi książkę. Powiedział, że przypominam kogoś z przeszłości.

Łza upadła na kartkę i jego imię rozpłynęło się w atramencie.

Jakby nawet kartkom się wymykał.

Aron mnie przed nim ostrzegał.

Zacisnąłem powieki.

Wiedział, gdzie byliśmy.
Nocowałem u Arona. Nie mógł, ale wiedział.

Wiedział, że moja matka trafiła do szpitala.

Drgnąłem, jakby ktoś wylał mi na plecy wiadro lodowatej wody.

To nie miało sensu.

To nie miało, kurwa, żadnego sensu.

Chciałem napisać jeszcze jedno imię, ale dłoń odmówiła mi posłuszeństwa. Czułem, jakbym właśnie przesunął ręką po ostrzu noża, jakbym zbliżał się do czegoś, czego nie powinienem widzieć.

Nie mogłem.

Nie mogłem.

Rzuciłem długopisem o ścianę.

Zacisnąłem dłonie w pięści i zgiąłem się wpół, starając się stłumić szloch. Chciałem wpleść palce we włosy, ale ich tam nie było.

Czułem, jakby ze mnie już nic nie zostało.

***

Byłem pod jej domem.

Nie pamiętam, jak tu dotarłem. Nie pamiętam, ile razy w myślach odgrywałem tę rozmowę, ile scenariuszy zdążyłem stworzyć i zniszczyć.

Ale teraz nie było już odwrotu.

Chwyciłem za telefon.

— Wyjdź na zewnątrz.

Głos mi drżał. Nie potrafiłem tego ukryć. Żal, złość, rozpacz – wszystko kotłowało się w mojej piersi, zbyt wielkie, by je pomieścić, zbyt ciężkie, by je dźwigać.

Run the risk [18+]Opowiadania do pokochania. Odkryj je teraz