Rozdział 2

1.6K 34 2
                                        

MARGOT

Wysiadałam z samochodu, zatrzaskując za sobà drzwi. Zapach benzyny oraz palonych się opon, odrazu otulił mój nos. Ten zapach nie przypadł mi do gustu. Jednak może tego chciałam? Chciałam poczuć adrenalinę? Oderwać się od tego wszystkiego?

– Mara! – usłyszałam męski krzyk, za swoimi plecami.

Obróciłam głowę i spojrzałam na biegnącego w moją stronę Aresa. Blondyn z niebiańsko morsko-niebieskimi oczami. Skłamie jeśli powiem że wcale mu ich nie zazdrościłam.

Za nim szła jego dziewczyna, która była jednym ze znanym mi wulkanem energii. Nie znam bardziej pozytywnej osoby, niż Tiffany. Zawsze popierała moje decyzje, nawet te głupie, które nie powinny mieć miejsca. Nie znała słowa „nie" i często wykreślała je z wypowiedzi innych. Tata zawsze mówił że ta ruda wiewiórka, za każdym razem zabierała mu cała energię, którą miał. Nawet tę na czarną godzinę.

To była nasza paczka. Czwórka nastolatków, którzy całkiem inaczej postrzegają ten świat.

Objęłam blondyna w psie a ten uniósł mnie jak piórko i zakręcił się wokół własnej osi. Zaśmiałam się, wręcz piszcząc kiedy usłyszałam trąbienie samochodu. Spojrzałam w bok i zobaczyłam jakiegoś szarego Mustanga. Za kierownicą siedział jakiś mężczyzna, lecz przez bardzo jasne światła, nie mogłam zauważyć jego twarzy.

– Przesuńcie się – poleciła Camelia, machając w dziwny sposób ręka.

Zrobiliśmy to a samochód pojechał dalej, z piskiem opon. Chyba kierowca nie miał dobrego dnia.

– Jak ja się stęskniłam.

Odrazu poczułam jak Tiffany, zamyka mnie w szczelnym uścisku. Oddałam go, zaciągając się jej słodkim zapachem.

– Ja też – potarłam dłońmi jej plecy.

– Opowiadaj jak się czujesz.

Kolejna seria tych samych pytań.

Odsunęłam się od rudej i westchnęłam, krzyżując ręce na piesiach. Było mi zimno. Jest pieprzony wrzesień.

– Dobrze, wiecie... zaakceptowałam to że mamy już nie ma i został mi tylko tata oraz Danny – odpowiedziałam szczerze.

Zaakceptowałam to ale się z tym nie pogodziłam. Dalej jest mi przykro, gdy tylko sobie pomyśle o mojej mamie ale to minie. Mam taka nadzieje.

– Przykro nam – Ares posłał mi smutny uśmiech.

– Mi też – przyznałam cicho. – Chodźcie, napijemy się i pogadamy o... mniej smutnych tematach.

Każdy z nas przystał na moją propozycje, nawet nie mając żadnego „ale". Ares był znany z tego że pije dużo ale ma tak twardy łeb, że żaden trunek, nie zmiecie go z planszy. Tak samo jak Camelia. Ja oraz Tiffany jesteśmy ich kompletnymi przeciwieństwami. Pare razy jedno piwo, sprawiło że obie spałyśmy na kanapie w salonie.

Skierowaliśmy się do jakiegoś faceta, który sprzedawał tutaj alkohol i jak twierdzi Ares: „Ze mną nawet o dowód was nie zapytają".

– To chyba nielegalne – stwierdziła Tiffany, na co każdy posłał jej dziwne spojrzenie.

– Jesteś na nielegalnym wyścigu – przypomniałam. – Wszystko jest tu nielegalne.

– No wiem – uśmiechnęła się i podeszła do faceta. – Proszę cztery piwa.

Baker miał racje, bo kiedy przywitał się z tym gościłem, on nie chciał dowodu, a jedynie podał nam butelki.

W sumie to nielegalny wyścig, napewno on chciałby ten dowód, gdyby nie było z nami Aresa?

AGAINST ALL RULES  | 16+Opowiadania do pokochania. Odkryj je teraz