Rozdział 20

944 20 0
                                        

MARGOT

Deszcz padał od rana, spływając po czarnych parasolach, wsiąkając w ziemię i rozmywając kontury nagrobków. Krople uderzały o liście drzew, o granitowe płyty, o świeżo zasypaną mogiłę. Stałam nad nią, nieruchoma, z dłonią zaciśniętą na rękojeści parasola, choć nawet nie zauważałam zimna. 

To był koniec. 

Ludzie gromadzili się wokół mnie, rzucając ukradkowe spojrzenia, jakby nie byli pewni, czy powinni coś powiedzieć. Niektóre twarze były znajome, inne ledwo kojarzyłam, ale wszyscy mieli ten sam wyraz smutku i żalu. Szepczeli, ocierali oczy, kładli dłonie na moim ramieniu. Mówili coś, ale ich słowa ginęły w jednostajnym szumie deszczu. 

Nie umiałam przyjąć do wiadomości, tego, że moja mama nie żyje. Że już jej nigdy nie zobaczę.

Mój ojciec stał nieco z boku, lekko przygarbiony, z twarzą ukrytą w dłoniach. Płakał. Jego ramiona drżały przy każdym cichym szlochu, jakby chciał się powstrzymać, ale nie potrafił. Nie widziałam go w takim stanie od lat. Nigdy nie był człowiekiem, który płacze nad grobem kobiety, z którą dzielił życie. 

Obok niego stał mój brat. Nieruchomy, ze wzrokiem wbitym w ziemię. Nie płakał. Nawet nie wyglądał, jakby miał zamiar. Ale znałam go zbyt dobrze, żeby pomyśleć, że nic nie czuje. Jego pięści były lekko zaciśnięte, oddech płytki i równy. W środku przeżywał to na swój sposób, w ciszy. Może zazdrościłam mu tego opanowania. A może zazdrościłam ojcu jego łez. Sama nie potrafiłam płakać. 

Patrzyłam na świeżą ziemię pokrytą białymi liliami i próbowałam sobie przypomnieć głos mojej matki. Próbowałam przywołać jej śmiech, jej dotyk, jej ciepło. Ale wszystko było rozmazane, zbyt odległe, jakby ta chwila, ta deszczowa rzeczywistość, odcięła mnie od przeszłości. 

Ludzie powoli zaczęli się rozchodzić. Ktoś jeszcze raz dotknął mojego ramienia. Ktoś inny pochylił głowę, zanim odszedł w stronę cmentarnych bram. Czułam, że powinnam ruszyć za nimi, ale moje nogi nie chciały się poruszyć. 

I wtedy go zobaczyłam. 

Stał w oddali, pod jednym ze starych drzew. Mężczyzna ubrany na czarno. Nie miał parasola, nie osłaniał się przed deszczem. Woda spływała po jego twarzy i po krawędziach płaszcza, ale on zdawał się tego nie zauważać. Patrzył wprost na mnie. 

Znałam wszystkich, którzy przyszli na ten pogrzeb. Widziałam ich wcześniej, słyszałam ich głosy. Ale jego nie znałam. Był obcy. A jednak w jego spojrzeniu było coś niepokojąco znajomego. 

Zrobił kilka kroków w moją stronę, aż stanął tuż przy mogile. W ręce trzymał pojedynczą różę. Czarną. 

Patrzyłam, jak kładzie ją na grobie mojej matki. Czarna róża pośród białych lilii. 

Chciałam coś powiedzieć. Chciałam zapytać, kim jest, dlaczego przyszedł. Co łączyło go z moją matką. Ale słowa uwięzły mi w gardle. 

Nie powiedział nic. Po prostu spojrzał na mnie, skinął lekko głową i odwrócił się. 

Zniknął między nagrobkami, zanim zdążyłam zebrać myśli. 

Patrzyłam na czarną różę, na jej mokre płatki, na to, jak dziwnie wyróżniała się na tle białych kwiatów. 

Nie wiedziałam, kim był ten mężczyzna. Nie wiedziałam, dlaczego przyniósł właśnie ten kwiat.

AGAINST ALL RULES  | 16+Opowiadania do pokochania. Odkryj je teraz