Nie, nie liczcie na to, że trzeci będzie tak szybko, jak ten, ale widzę, że Wam się spodobało to ff... :)
Niestety oprócz pisania mam jeszcze milion rzeczy do zrobienia, więc musicie być cierpliwi
Enjoy Robaczki! Kocham:*
Harry jeszcze nigdy nie bał się tak bardzo, jak właśnie w tym momencie. Jego serce waliło jak oszalałe, pompując do mózgu krew i adrenalinę, ale co z tego, skoro obok znajdował się wycelowany prosto w jego czaszkę pistolet. Odwrócił się powoli.
– Ręce do tyłu powiedziałem – usłyszał ostry głos Louisa.
Niechętnie splótł dłonie na plecach. Był boleśnie świadomy, że to praktycznie przekreśla szanse na jego ucieczkę, a przecież on musiał uciec.
Louis był taki miły. Nie podejrzewał, że może być psychopatą, jakim się okazał.
Nie. Co to, to nie. Miał być tylko przygodą na jedną noc. Jeden szybki numerek i do domu. No dobra, w ich przypadku dwa.
Zacisnął zęby, a w jego oczach pojawiły się małe łzy, bo dokładnie w tym momencie uświadomił sobie, jak był głupi. Dlaczego nigdy nie przyszło mu do głowy, że ktoś może go porwać? I już nawet nie chodziło o to, że szlajał się po wszystkich barach bez jakiejkolwiek ochrony, uciekając z domu, żeby czasami nie zdążyli za nim pójść. Tak, unikanie ochrony opanował do perfekcji. Przede wszystkim chodziło o to, że jego ojciec miał morze pieniędzy. Wystarczyło tylko dorwać Harry'ego, żeby ustawić się na resztę życia na jakiejś bezludnej wyspie z palmami, białą plażą i drinkiem w ręce.
Zimny metal ścisnął jego nadgarstki i Harry wiedział, że poległ całkowicie. Usłyszał dźwięk zabezpieczanego pistoletu, który najprawdopodobniej teraz Louis upychał w spodnie. Chciał się odwrócić, ale szatyn zawiązał mu na oczach ciemny materiał, ściskając go mocno. Teraz jego szanse na ucieczkę nie tylko były zerowe, ale spadły grubo na minus.
– Wstań – usłyszał i poczuł ostry ból w czaszce, kiedy Louis zacisnął palce w jego włosach i ciągnął go do góry.
Wstał niezdarnie, zataczając się przy okazji, ale ostatecznie udało mu się utrzymać równowagę.
– Puść mnie, psychopato – warknął, wywołując tym głośny śmiech szatyna.
– Wydawało mi się, że lubisz, kiedy cię ciągnę za włosy, mała dziwko – odpowiedział, wyraźnie rozbawiony. – Idź.
Popchnął Harry'ego w niewiadomym kierunku i chłopak potknął się o własne nogi, o mało co nie lądując twarzą na podłodze. Usłyszał za sobą kolejny śmiech i zacisnął zęby.
Zemści się. Ucieknie i się zemści na tym psychopacie. Policja już na pewno go szukała, więc to kwestia kilku godzin, w których wróci do domu i wsadzi tamtego do więzienia, żeby zgnił w tym parszywym miejscu.
Przeszedł kilka kroków, po których Louis kazał mu się zatrzymać. Usłyszał, jak tamten odchodzi i krząta się po mieszkaniu kilka minut, chyba że to jemu ten czas wydawał się tak długi, aż w końcu wrócił do niego i znowu popchnął go, każąc mu iść. Nie, żeby Harry w tym czasie nie próbował się uwolnić, ale jego kajdanki były tak mocno ściśnięte, że aż raniły jego nadgarstki przy każdym ruchu.
Tym razem wyszli z mieszkania i Harry rozpoznał to, kiedy owiało go dużo chłodniejsze powietrze na korytarzu i usłyszał, jak Louis przekręca zamek w drzwiach. Pozwolił się prowadzić w niewiadomym kierunku, co chwilę obijając się o coś albo potykając o własne nogi. Nigdy by nie przypuszczał, że jego chude patykowate nogi będą mu przeszkadzać, kiedy to plątały się z każdym krokiem. W końcu usłyszał charakterystyczne piknięcie samochodu, po czym nastąpiło otwieranie drzwi i Louis znowu go popchnął, tym razem naciskając dodatkowo na jego kręgosłup, żeby się schylił.
CZYTASZ
Partners in crime. Not the worst crime
Fanfiction[[ Partners in crime - część 1 ]] Dwójka chłopaków z bogatych rodzin zostaje porwana. Porywacze chcą tylko pieniędzy...
