32.

1.5K 137 54
                                        

Harry'ego i Liama obudziło przerażające wycie. Zasnęli wczoraj w tym zamkniętym przez Louisa pokoju, nie mając żadnej możliwości ucieczki i Harry był wściekły, bo wiedział, że Louis miał nad nim przewagę tylko dlatego, że miał broń, inaczej już dawno by go tutaj nie było. Ich. Zerwali się z łóżka, od razu dopadając się do okna i zderzając się ze sobą, ale musieli zobaczyć, co się działo. Ten przeraźliwie głośny alarm wył nie bez powodu. Było już jasno, więc musiało być nad ranem, ale wokół nie było widać nic podejrzanego.

Oboje odwrócili się gwałtownie, słysząc szybkie kroki na korytarzu i Harry zareagował automatycznie, podbiegł do drzwi, próbując je otworzyć i przez moment był zaskoczony, kiedy ustąpiły, przecież były zamknięte. Zajęło mu dobre pół godziny, kiedy wczoraj wieczorem próbował je otworzyć, więc ktoś musiał odkluczyć ich, kiedy już spali. Tylko po co? Żeby jednak uciekli?

Wyszedł na korytarz, tym razem prawie zderzając się z Zaynem, który nawet nie zwrócił na niego uwagi, biegnąc na dół z całym naręczem broni i Harry dobrze wiedział, że coś się działo, coś złego. Nie zastanawiał się nawet, tylko złapał stojącego za nim Liama za rękę i pociągnął za sobą, zbiegając schodami w dół.

Zayn, Louis i Niall byli już w salonie i o ile tamta dwójka trzymała w dłoniach po dwa pistolety, to Niall stał tam gotowy do walki z patelnią w dłoni i Harry w pierwszej chwili chciał się roześmiać, ale wstrzymał oddech, widząc na sobie mordercze spojrzenie szatyna.

– Na górę – warknął Tomlinson.

Jeszcze tego brakowało, żeby ta dwójka była tutaj i tylko im przeszkadzała. Jakby nie miał nic innego do roboty, tylko ich pilnować.

Ale Harry nawet nie zdążył zaprotestować, czy jak zwykle zacząć kłócić się z szatynem, bo o mało nie umarł na zawał, kiedy drzwi otworzyły się z hukiem i upadły na podłogę, a gdzieś obok niego świsnęła jakaś kula.

Machinalnie ukucnął, chowając się za balustradą, jakby te kilka tralek mogło go jakoś uchronić. Liam obok niego też kucnął, trzymając się mocno poręczy i nie mając pojęcia czy lepiej tu zostać, czy z powrotem uciec na górę tak, jak kazał im Louis.

Pierwszy człowiek, który wszedł, padł martwy na podłogę, ale nie wiadomo skąd już brali się tutaj kolejni. Otaczali ich coraz bardziej, a Louis i Zayn próbowali do nich strzelać, jednak to zbyt wiele nie dawało. Niall również biegał dookoła ze swoją patelnią, pozbawiając kilku świadomości, ale ci ludzie byli od stóp do głów ubrani w chroniące ich życie rzeczy i ciężko było znaleźć w nich lukę, która pozwoli ich jakoś unieszkodliwić. Kilku faktycznie upadło ranionych przez Louisa i Zayna, ale...

– Jest ich za dużo – powiedział Liam. – Nie dadzą rady.

Powiedział na głos dokładnie to, o czym Harry myślał. Widział to, Louis, Zayn i Niall nie byli w stanie sobie z nimi poradzić, choćby nie wiadomo jak się starali. Poza tym tamci nie mieli zamiaru ich zabić, chcieli ich żywych, prawie nie strzelali, kiedy Louis i Zayn pociągali za spust.

Harry po raz kolejny zadziałał automatycznie. Zbiegł na parter, nie zważając na to, że sam może zostać trafiony, bo cały czas gdzieś dookoła jakaś kula trafiała w ścianę, złapał jeden z leżących na stoliku pistoletów i wycelował w pierwszego lepszego człowieka. Pociągnął za spust, ale nic się nie wydarzyło.

– Odbezpieczyć – powiedział do siebie, skupiając się na tym jak to zrobić.

Szarpał się, próbując w jakiś cudowny sposób odbezpieczyć broń, bo nie miał zielonego pojęcia, jak ma to zrobić. Podniósł wzrok, kiedy ktoś złapał go mocno za ubranie i pociągnął w bok. Zachwiał się, prawie upadając, ale udało mu się utrzymać równowagę, łapiąc się Louisa. I Harry wiedział, że Louis zabił kogoś za nim, kto pewnie zabiłby jego, gdyby nie interwencja szatyna, wiedział, bo nawet w tym panującym tutaj hałasie słyszał upadające za nim ciało.

Partners in crime. Not the worst crimeOpowiadania do pokochania. Odkryj je teraz