193; rozdział

218 17 0
                                        

13/20

Leżał na kanapie i patrzył w sufit. Brendan brał kąpiel. On sam już nie wiedział, co zrobić, żeby nie myśleć o tym co się stało, o tej stracie...

Murray wyszedł z pomieszczenia kilka minut później, nawet nie miał ochoty długo siedzieć. Jego oczy znów zaszły łzami, czuł się tak beznadziejnie...

Spojrzał na niego krótko i wrócił do patrzenia w górę. Nawet nie wiedział, co powinien powiedzieć.

-Jesteś na mnie zły za to wszystko, prawda? - szepnął, a samotna kropelka słonej wody spłynęła po policzku chłopaka. Zaraz za nią spadały kolejne.

-Zwariowałeś- wstał i szybko do niego podszedł, zgarniając w ramiona- To nie jest twoja wina, kocham cię bez względu na wszystko, rozumiesz?

-Szkodziłem mu, zabijałem go już od dawna... nie miał siły walczyć - mruknął, wtulając się w niego.

-Boże, nie mów tak- wyszeptał, po jego policzkach już też płynęły łzy.

-Ale to prawda, on powinien być tu teraz z nami, z Tobą, mną i Freddiem... albo chociaż z Tobą i małym - z każdą kolejną chwilą czuł się coraz gorzej, jak potwór... mimo, że dziecko urodziło się żywe...

-Brendan, to nie jest twoja wina, rozumiesz?- szepnął- Urodziłeś go żywego, był zdrowy- szepnął- Zmarł w nocy, rozumiesz? To nie jest ani twoja, ani moja wina. To nie jest niczyja wina, po prostu Bóg potrzebował Aniołka...

-Dlaczego do cholery naszego aniołka! Czemu nie jakiegoś innego tylko jego!

-Bo nasz był wyjątkowy- płakał.

-Pierdolę to wszystko wiesz? On miał być tutaj z nami, nie tam...

-Wiem kochanie- szepnął.

-Nienawidzę tego pieprzonego świata, nienawidzę siebie...

-Kocham cię- usiadł z nim na łóżku.

-Ja Ciebie też Lou, ale to ja powinienem być na jego miejscu... rozumiesz? On powinien być w domu szczęśliwy...

-Brendan, proszę- szepnął, zaciskając powieki.

-Ale ja tylko mówię prawdę... to tak powinno być, powinieneś teraz śpiewać mu, przewijać, karmić, patrzeć jak rośnie i się śmieje, a nawet płacze...

-Ale nie możesz myśleć, że to powinieneś być ty- rozpłakał się na dobre- Kocham cię Brendan, musimy być silni dla Freddiego.

-Wiem Lou, ale ja nie potrafię...

-Mamy siebie- schował twarz w jego szyi.

-I za to Ci dziękuję, ale ja dalej nienawidzę siebie za to wszystko... nie wierzę po prostu.

-Jutro pogrzeb- szepnął.

-Powiedz, że to tylko zły sen... że się obudzę z brzuchem i będziemy szczęśliwi...

-Chciałbym- spuścił wzrok.

-Możemy się położyć chwilkę i po prostu poleżeć?

-Oczywiście- wyszeptał, ciasno go obejmując.

-Dziękuję Lou... - wyszeptał.

Ułożył go wygodnie na swoim ciele, sam leżąc na materacu.

-Przepraszam - szepnął po raz kolejny.

-To ja przepraszam- mruknął- Gdyby nie ja, nie byłbyś w ciąży i nie cierpiałbyś teraz- głaskał go po plecach.

Ale ta ciąża dawała mi szczęście, dzięki Tobie, a cierpię przez siebie i ty też...

-Daj spokój- westchnął.

-Nie potrafię, po prostu nie umiem... czuję się winny...

-Ja też Brendan- szepnął- Ja też...

Goodbye Sunshine|| Zouis Instagram 2Opowiadania do pokochania. Odkryj je teraz