Wooyoung tak wiele dni zmagał się ze swymi traumami. Nie sądził jednak, iż jedno wydarzenie, jedno twierdzące słowo zaciągnie go z powrotem do dawnego koszmaru.
Jego życie było jak upadające domino.
[Praca może zawierać: przekleństwa, sceny 18+]
25...
Delikatny stukot do drzwi wyrwał go z zamyślenia, sprawiając, iż chłopiec uniósł ociężałą głowę w kierunku odgłosu.
Odkąd obudził się w obskurnym, lichym pokoju, nie mógł poradzić sobie z przytłaczającymi bólami jego opuchniętej skroni, które eskalowały coraz to mocniej, wraz z puchnięciem prawej części nieco powyżej ucha. Leżał więc niemal martwo na paskudnym, godny litości łóżku o spękanym, metalowym stelażu, chwiejnych cienkich nogach i zniszczonym materacu pozbawionym każdego koca, pościeli, czy poduszki. Pustym i niewygodnym, zważywszy na to, jak przestarzałe sprężyny przebijały się przez gąbczaste podszycie.
Było mu lodowato, choć pomieszczenie nie wydawało się tak chłodne, zmuszając, aby skulił się na podłużnym materiale, przyciskając nogi ciasno do przy swojej piersi w ochronnym kokonie bezpieczeństwa. To dało mu czas na zamartwianie się. Cztery puste ściany wydawały się pękać od przytłaczających go myśli.
Po raz pierwszy nie martwił się jednak o siebie... Nie. Nie obchodziło go to, co mu się stanie. Bał się o życie dwóch mężczyzn, którzy o niego... walczyli?
Czy mógł tak myśleć o Sanie? Jasne, mężczyzna został potworne zraniony z jego powodu, ale... słyszał słowa. Słyszał wszystko, pomimo swego zmęczonego stanu. Czy San naprawdę uważał go jedynie za dziwkę?
Nie mylił się i Wooyoung to wiedział. Nie zasługiwał na szacunek... nie po tym, co uczynił w swoim krótkim życiu, ale... San sprawił, że choć przez kilka sekund poczuł się, jak zwykły nastolatek. Kochany, szanowany... chroniony. Pomimo wszystko wybaczył mu w chwili, kiedy pierwsze "przepraszam" wymknęło się z ust mężczyzny, lecz... później zrobił to samo, ponownie zrównał go z błotem. Czy mógł więc zaufać?
Pukanie jednak przerwało jego rozmyślania, jednakże nie podczołgał się do drewnianych drzwi, czujnie obserwując, kiedy te uchylają się lekko, lecz wystarczająco, aby ładna, biała taca wsunęła się w szparę pomiędzy, nim zamknęły się stanowczo. Wooyoung spojrzał na nowy przedmiot ze srebrnym, półokrągłym naczyniem przysłaniającym coś swym błyszczącym ciężarem.
Powoli ściągnął się ze swojego ciepłego, wygrzanego miejsca, nim lekko drżąc, zbliżył się do podarunku. Czuł się fatalnie, to mało powiedziane, ale nie zamierzał narzekać, wiedząc, iż jego gorączka nie jest tak wysoka. To była normalna kolej rzeczy. Wyczerpanie, temperatura, drżenie... to zawsze towarzyszyło mu przy niekontrolowanych atakach, jednak przywykł do tego wystarczająco, aby nauczyć się to ignorować... Z początku było mu ciężko, dlatego Yeosang przygarnął go na kilka pierwszych miesięcy, tuląc i rozpieszczając przy każdym jego paskudnym stanie. Później odkrył, iż porządny, spokojny sen koił konsekwencje jego paniki.
Teraz jednak nie mógł spać. Nie mógł sobie na to pozwolić. Nie teraz.
Przykucnął powoli obok tacy, zaciskając dłonie na srebrnej rączce naczynia, powoli unosząc wieko ku górze. Zamarł przerażony, przymykając powieki w obawie, iż coś wyskoczy na niego, jednakże kilka chwil później kiedy pozostał wciąż względnie bezpieczny, pokusił się, aby otworzyć jedno oko z niepewnością spoglądając nieco poniżej, powoli odkładając srebro obok swego ciała.
Pod spodem znajdował się talerz o schludnie poukładanym, pełnowartościowym posiłku na wzór niemal stereotypowego, amerykańskiego śniadania ze wciąż ciepłym jajkiem sadzonym o miękkim żółtku, nieco zbyt mocno podpieczonej, wciąż soczystej kiełbasie, kilku drobnych listkach szmaragdowej, dojrzałeś sałaty oraz dwóch, płaskich, zapiekanych kromkach.
Chłopiec zmarszczył brwi zdezorientowany, wpatrując się w posiłek... był tak głodnym... Niemal czuł, jak jego zdradziecki żołądek zaczyna zjadać samego siebie, wciąż tkwiąc na głodzie poalkoholowym i bolesnym kacu dokładający grubą cegiełkę do pulsującej agonii jego skroni. Wooyoung zawahał się. Bo co jeśli jest zatrute? Jeśli jakiś składnik odurzy go i spróbuje sprawić, aby był bardziej podatnym...
Nie. Vincenz będzie pragnął jego spójności... uwielbiał dostrzegać jego wolę walki, dlatego też traktował go tak dobrze, choć ten posiłek był nadzwyczaj duży... zwykle nie otrzymywał na śniadanie nic prócz kromki bądź kawałka jajecznicy, niekiedy kusząc się w ostatecznym akcie rozpaczliwej desperacji na wydobycie resztek ze śmietnika, kiedy kochanek opuści dom.
Nie mógł się powstrzymać. Pokusił się o błogie skosztowanie nieco niedoprawionych potraw, naprawdę nie narzekając na smak, który rozpływał się gęsto w jego ustach. Jęczał zadowolony, niechlujnie zapychając swoje usta jedzeniem, aż łzy niemal napłynęły do jego oczu... Nawet nie pamiętał, kiedy miał w ustach prawdziwy posiłek... minęły dni... lub godziny.
Przełknął, dostrzegając coś u spodu... kartkę... Zmarszczył brwi, wypuszczając ostatni gryz kiełbasy z dłoni, aby pospiesznie otrzepać je o spodnie i powoli sięgnąć ku białemu, nieco gipsowemu materiałowi, otwierając materiał, aby rozłożyć wiadomość.
Jego serce zamarło, gdy on z przerażeniem spojrzał na niechlujne, znane mu litery.
"Witaj, kochanie. Wybacz, że nie powitałem cię tak, jak powinien kochanek, ale nie oczekiwałeś na mnie przy drzwiach więzienia... zawiodłem się na tobie. Spotkam się z tobą tego wieczoru, jednak wpierw muszę dopełnić formalność. Widzisz, twój kolega nieźle pomalował moją nogę czerwienią... ale nie obawiaj się, już nigdy nie stanie pomiędzy nami. Tak, jak ten twój pomocnik ze zmiany.
Tak obserwowałem cię. Zaskoczony? Nie powinieneś być. To i tak nie ma znaczenia, dopadnę wszystkich, którzy kiedykolwiek stanęli pomiędzy nami, lecz tobą... tobą zadowolę się na początku. Zostałeś uszkodzony, a ja zamierzam to naprawić.
Śpij słodko, dopóki możesz, gdyż tę noc ofiarujesz mi."
Ups! Ten obraz nie jest zgodny z naszymi wytycznymi. Aby kontynuować, spróbuj go usunąć lub użyć innego.