4. Emily - korekta 2026

1.8K 56 0
                                        

Minęło już kilka tygodni, odkąd pozostawiłam za sobą wioskę. Moje rany szybko się wygoiły. Byłam wolna i to było najważniejsze. Jednak przyzwyczajenie się do tak nieoczekiwanej sytuacji zajęło mi trochę czasu. Było inaczej, niż sobie to wyobrażałam. Co chwilę odwracałam się za siebie. Sprawdzałam, czy Lucjusz nie zmienił zdania. Nadal czułam jego zimny oddech na plecach. Mijały dni i nic się jednak nie działo. Zaczynał podobać mi się ten przejściowy stan. Starałam się nie wracać pamięcią do tego, co minęło. Za kilka miesięcy moje życie się odmieni. To, co było, nie będzie miało żadnego znaczenia. Musiałam przetrwać ten okres.

Rozejrzałam się dookoła. Zima powoli wkradała się do mojego lasu. Nie planowałam. Egzystowałam w tej powoli zamarzającej przestrzeni, smakując wolność dzień po dniu. Myśl, że zaraz znajdę swój prawdziwy kąt, ogrzewała moje serce co wieczór.

Moją euforię przyćmiewał jeden problem. Wymagał on pilnego rozwiązania. Od dłuższego czasu byłam koszmarnie głodna. Ta prozaiczna potrzeba pochłaniała wszystkie moje myśli. Natrętne ssanie w żołądku stawało się nie do zniesienia. Prawda jest taka, że nie byłam przygotowana na obecny scenariusz. Nie zabrałam ze sobą żadnych zapasów. Pomimo że krew była obecnie ogólnie dostępna, ja nie miałam tu co jeść. Od tygodnia chodziłam z boleśnie skręconym żołądkiem. Każda komórka mego ciała bolała. W żyłach zamiast krwi płynęła wrząca lawa. Potrzebowałam pożywienia, aby ugasić płomień w mym suchym gardle. Cichy instynkt podpowiadał mi, co powinnam zrobić. Z dnia na dzień stawał się on coraz głośniejszy. Niestety do tej pory nie polowałam. Możliwość odebrania komuś życia wydawała mi się obca. Wręcz nienaturalna! Nigdy tego nie robiłam. Czy byłabym w stanie tak daleko się posunąć?

- Oszaleję z głodu! Krew to krew. - Wplątałam palce we włosy. Zaraz chyba je sobie wyrwę.

Stałam na środku małej polany. Nasłuchiwałam odgłosów. Pomimo zbliżającej się zimy las nadal żył w swoim tempie. Starałam się zaplanować kolejny ruch. Moje nogi wyrywały się do biegu. Wystarczyłoby tylko się poddać.

- No to zaraz się przekonamy, na co cię stać – wyszeptałam.

Potarłam o siebie wargi. Były szorstkie i suche.

- Piiiiić! - Mój chory z pragnienia umysł zawył.

Ruszyłam do przodu.

Od zawsze moim atutem była szybkość. Niestety dotarła do mnie brutalna rzeczywistość. Nigdy nie miałam takiej siły jak inne, w pełni ukształtowane wampiry. Byłam młoda i niedojrzała. Ten przymusowy post nie czynił ze mnie mistrza polowań. Zmienił mnie w sposób, który kompletnie mi się nie podobał.

Mimo wszystko postanowiłam zawierzyć instynktowi. Ciało wie, co jest dla niego najlepsze. Biegłam. Węszyłam w powietrzu za jakimś znośnym tropem.

Od jakiegoś czasu przebywałam z dala od znanych mi terenów. Omijałam strefy zamieszkane przez obce mi klany. Miałam na uwadze to, że właśnie przypadał okres Wielkich Wizyt. Były to spotkania między wioskami. Wszyscy kalkulowali swoją szansę. Klany skrupulatnie analizowały poprzednie cykle i wyroki wyroczni. Rozważali, co przyniesie im zbliżające się wydarzenie. Dla pełnoprawnych wampirów byliśmy świeżym mięsem, które zwiększy ich możliwości rozwoju.

- Dobra! Emily skup się! Własną dumą się nie najesz. Jeszcze chwila i tu skonasz. - Potarłam dłonie.

W końcu zwęszyłam potencjalną zdobycz. Zacisnęłam usta. Sapałam. Z dnia na dzień było ze mną coraz gorzej. Otworzyłam się na tę nową szansę. Wiatr niósł ze sobą przeróżne nuty zapachowe.

- Nie wybrzydzaj! - upomniałam się.

Jedne tropy były silniejsze, a drugie słabsze. Jedne kusiły słodyczą, a drugie swoją delikatnością. Na początek postanowiłam wybrać coś pośredniego. Łagodnego. Miękkiego. Najważniejsze było to, bym w końcu wypełniła czymś obolały żołądek. Łania. Tak. Ona będzie idealna. W kilku szybkich ruchach byłam już przy niej. Nie zastanawiałam się, co robię. Zaatakowałam. To był moment. Mrugnięcie okiem. Jej ciepła krew zalała moje gardło. Nareszcie stłumiłam żar w przełyku. Choć nadal tlił się gdzieś w zakamarkach mojego umysłu. Cudownie było znów poczuć ciepło krwi. Nie skupiałam się na jej smaku. Nie, to nie było teraz najważniejsze. Kiedy wyciągałam z niej kły usłyszałam nieprzyjemny dźwięk. Moje zęby otarły się o skórę zwierzęcia. Skrzywiłam się. Definitywnie nie byłam fanką takiego stylu odżywiania się. Tęskniłam za lodówką i krwią w workach. Od wieków nie spożywaliśmy prawdziwej krwi. Nasze życie, jakieś pięćset lat temu, zostało wywrócone do góry nogami. Nasz król sprezentował ludzkości wspaniały dar. Technologię służącą do produkcji tego życiodajnego płynu. Dzięki wampirom ludzkie życie stało się prostsze. Wiele chorób przestało istnieć. A nasze pożywienie było ogólnodostępne.

Zauważyłam, że każdy dzień stawał się do siebie podobny. Odstępy między kolejnymi polowaniami były coraz krótsze. Zwierzęca krew nie była tak wartościowa jak modyfikowana. Byłam coraz słabsza. Jesień powoli dobiegała końca. Aura mnie nie rozpieszczała. Matka natura chyba współgrała z moim samopoczuciem. Ulewny deszcz, jak zaklęty, nie przestawał padać od tygodnia. Musiałam znaleźć sobie jakąś kryjówkę. Przenikliwe zimno nie zagrażało naszemu życiu. Istniało, ale nie szkodziło nam. Pomijając oczywiście głód, nienawidziłam chodzić w przemoczonych ubraniach. Musiałam zapewnić sobie jakieś schronienie. Miejsce, w którym będę mogła się wysuszyć. Odrobina komfortu dobrze by mi zrobiła. Po dłuższych poszukiwaniach znalazłam płytką jaskinię. Mogłam tu nareszcie odpocząć od zacinającego deszczu.

- Ciasne, ale własne. - Uśmiechnęłam się pod nosem. - Muszę je w końcu wysuszyć. - Wczepiłam palce w mokre włosy.

Zaczynam wariować.

- Emily! Musisz skończyć ze sobą rozmawiać!

- Cholera znowu to robię. - Zawarczałam z frustracji.

Kończył się kolejny miesiąc. Z racji stosowania specyficznej diety moja prędkość znacząco zmalała. Od pewnego czasu nie wypuszczałam się na dłuższe wyprawy. Moje życie kręciło się wokół suchej jaskini. Kiedy nie polowałam, stałam w jej wejściu i patrzyłam, jak świat tonie w deszczu. Rzęsisty deszcz padał bez przerwy. Jego szum towarzyszył mi w dzień i w nocy. Odnosiłam wrażenie, że wypłukiwał z mego umysłu wszelkie złe wspomnienia. Wampiry nabawiły się pewnego defektu. Syntetyczna krew odebrała nam więzi między rodziną i klanem. Nasz system się posypał. Nasz świat stanął na głowie. Król ponownie nas uratował. Rafael wyznaczył obrządek. To podczas Ceremonii Powtórnych Narodzin powstawały fundamenty naszej tożsamości.

Miałam nadzieję, że marsz na uczelnię mnie nie zabije. Od Nataszy dzieliło mnie pół kontynentu. Aby dotrzeć na wyznaczony termin, musiałam już lada dzień ruszyć. Moja wegetacja nareszcie dobiegała końca. Nie mogłam doczekać się spotkania z przyjaciółką. Byłam szalenie ciekawa, co u niej. Czy nowe środowisko ją zaakceptowało? Czy nowe życie różni się od tego, co doświadczyłyśmy w wiosce? Najbardziej dręczyło mnie jedno pytanie. Czy po rozłące będzie nam dane żyć w tym samym klanie? Bałam się odpowiedzi.

- Za chwilę zapuszczę tu korzenie! - Spojrzałam w błękitne niebo. - Mam nadzieję, że jest to dobry znak.

Miałam spory dystans do pokonania. Zmiany pogody oraz głód nie były moim sprzymierzeńcem. Musiałam kierować się na południe, na drugi kraniec kontynentu. Po tamtej stronie powinno być o wiele cieplej. W ramach wdzięczności za nasz dar ludzkość oddała nam cały kontynent. Co prawda dzieliliśmy go razem ze zmiennymi, ale nareszcie mogliśmy żyć tu według naszych praw. Pierwszy raz tworzyliśmy całkowicie odrębny świat.

Pierwsza (TOM 1, saga SPLĄTANI)Opowiadania do pokochania. Odkryj je teraz