24 grudnia – wtorek
Wszyscy postradali rozum. Tata i ciotki siedzą w kuchni i gotują od czwartej nad ranem. Ciocia Maria chciała, żebym im pomogła, ale tata zabronił mi choćby dotknąć drzwi kuchni.
Poszłam więc do salonu...
Skąd wygoniła mnie mama. Co w sumie było zrozumiałe, bo ubierała choinkę, a ja jestem niszczycielem choinek.
Zaczęło się już kiedy miałam cztery lata. Tata dumnie podsadził mnie do góry, żebym założyła gwiazdę na czubek drzewka, ale ja zamiast tego chciałam na nie wskoczyć. On – próbując mnie ratować – wpadł na choinkę i skończyło się to pogotowiem i potłuczonymi bombkami.
W kolejnych latach różne inne rzeczy przydarzały się choinkom w mojej obecności, ale przynamniej ojciec nie musiał być już szyty.
Także rozumiałam jej podejście. Powiedziałam, że pójdę do siebie, ale wtedy Zgredek skoczył na ciotkę, która wynosiła galaretki do holu i cała taca, którą niosła z hukiem spadła na podłogę.
Wszyscy spojrzeli na mnie.
- Zabieraj tego psa i idźcie stąd.
Zostałam wygoniona z własnego domu.
W święta.
Na mróz.
24 grudnia, jakaś 12
Przeszłam się do parku. Dobrze, że wzięłam ze sobą słuchawki.
24 grudnia, jakaś trzynasta
Nikt do mnie nie pisze, kiedy wracam. Wow.
24 grudnia, piętnasta
Czy oni o mnie zapomnieli?! Mija już trzecia godzina i nikt po mnie nie przyszedł! Idę zobaczyć co się dzieje.
24 grudnia
A jednak o mnie zapomnieli! Gdy mama zobaczyła mnie, otrzepującą się ze śniegu w przedpokoju, zawołał:
– Julia! Właśnie miałam po ciebie dzwonić!
Słyszałam w jej głosie poczucie winy, ale nie zamierzałam tego roztrząsać. Uznałam, że będę dziś dla wszystkich miła i sympatyczna. Łukasz tylko się zaśmiał z niedowierzaniem, ale on był Grinchem, więc nie zamierzałam się tym przejmować.
Zrozumiałam jednak, że ma rację, gdy zobaczyłam, że Maciek obwiązał mi psa papierem toaletowym.
A Maciek zrozumiał, że gdy powiedziałam, że go zamknę w garażu, to nie żartowałam. Ach, wigilia... Tyle się człowiek może nauczyć.
24 grudnia
Ciotka znowu na mnie nawrzeszczała. Ostrzegłam ją, że może mieć po tylu krzykach później problemy ze strunami głosowymi, ale stwierdziła, że jestem krnąbrna i bezczelna jak zawsze. Za to nikt nie powiedział nic Kaśce, gdy ta rzuciła mnie uszkiem. Nic, ani słowa.
24 grudnia
A jednak tragedia nastąpiła. Ba! Żeby to jedna!
Wszyscy się przebraliśmy, włożyliśmy prezenty pod choinkę, podzieliliśmy opłatkiem i - w końcu - usiedliśmy do stołu. Było całkiem miło. W tle leciały kolędy, jedzenie było pyszne, a Maciek był zbyt zapchany, żeby gadać od rzeczy. Przyszedł jednak czas na deser i nagle Kaśka zaczęła się dławić... a potem wyciagnęła coś z buzi.
Moją bransoletkę.
– To moje! – zawołałam. Wyrwałam jej bransoletkę z rąk, ale niemal od razu upuściłam ją na stół. – Fuj! Obśliniłaś! Teraz ją umyj!
Kaśka zaczęła krzyczeć, tata chciał wiedzieć jak bransoletka znalazła się w nadziewanych bułeczkach, a mama próbowała wszystkich uspokoić. Maciek – który już od jakiegoś czasu łakomie zerkał w stronę choinki - korzystając z zamieszania, wstał rozdać prezenty.
Co samo w sobie nie byłoby dramatyczne, gdyby nie włożył sobie obrusa za sweter jak śliniaka. Gdy tylko odsunął się od stołu, jego szklanka i talerz poleciały do przodu. Zgredek rzucił się w stronę jego niedojedzonej bułeczki, a Maciek odskoczył od niego wystraszony, ciągnąc w dół więcej potraw. Ciocia Natala wrzasnęła panicznie, co tylko jeszcze bardziej go przeraziło, więc się cofnął... w stronę choinki.
Nie mogłam do tego dopuścić. Zerwałam się z krzesła i do niej dopadłam i jakimś cudem, udało mi się ją przytrzymać.
Odetchnęłam z ulgą i rozejrzałam się po pokoju. To był przezabawny widok. Mama była blada, a na jej wyjściowym kostiumie były ślady sałatki. Tata miał zdruzgotaną minę. Jego plany o normalnych świętach właśnie poszły z dymem. Dziadkowie dalej spokojnie jedli! Ciocia Natala biegła w kierunku Maćka, a za nią wujek Robert. Kaśka miała na swojej sukience ciasto i próbowała je wytrzeć serwetką w mikołaje.
Ale przynajmniej uratowałam choinkę, tak? Otóż, nie.
Bo ciocia Natala wreszcie złapała syna... który zaczął się wyrywać i niechcący walnął mnie z łokcia w bok. Sapnęłam i aż się skuliłam, ale niestety puściłam też drzewko.
A może je pociągnęłam? Kto wie. Nie ja.
Bo w konsekwencji drzewko poleciało własnie na mnie. Na szczęście mama wykazała się przytomnością umysłu i szybko mnie spod niego wyciagnęła.
Obyło się bez pogotowia. Dostałam kilka plastrów na zadrapania i zranione spojrzenie ojca, jakby to była moja wina, że wszystko szlag trafił.
Posprzataliśmy, a prezenty zostawiliśmy sobie na rano,bo nawet Maciek był zbyt zmęczony, żeby je odpakować.
CZYTASZ
Piątek Trzynastego
CintaJulia Wagner ma pecha. Ogromnego pecha, który prześladuje ją od urodzenia, ale że urodziła się w piątek trzynastego, to nawet już się temu nie dziwi. Ale gdy podpala sobie włosy i musi je ściąć na krótko, szala goryczy się przelewa i Julia postanawi...
