poniedziałek, szatnia w sali gimnastycznej (nie wspominając, że męska)
Dlaczego to zawsze muszę być ja?! Dlaczego chociaż raz nie ktoś taki, jak Honorata?! Ja jestem miła i... no co ja komu przeszkadzam, naprawdę?! Nie zasłużyłam sobie na rzeczy, które mnie spotykają!!!!!!!
Dobra, chwileczkę. Głęboki oddech i wszystko od początku.
No więc manifestowanie nie pomogło, magicznie przez weekend chłopcy nie zaczęli walić do mnie drzwiami i oknami. Do tego wciąż nie jestem w stanie zmusić się do spojrzenia w lustro, więc nie mogę ocenić szkód, ale wnosząc po tym, jak zareagował Szczur, nie jest dobrze. Mama próbowała złagodzić sytuację, ale wiedziałam, że kłamie, bo jestem jej córką.
Tak więc do szkoły założyłam moją czapkę z pomponem (ta z daszkiem wcale nic nie zakrywała) i miałam nadzieję, że nikt nie będzie tego kwestionował. A potem zobaczyłam tego nowego chłopaka, o którym plotkował Tomek i prawie umarłam.
Ideał.
Barczysty, wysoki, o kręconych, ciemnych włosach i oczach w kolorze płynnego miodu. Miał na sobie koszulę w kratę, jeansy i... kowbojki. W życiu nie widziałam mężczyzny w kowbojkach na żywo, ale on wyglądał w nich niesamowicie. Dosłownie wystarczyło na niego spojrzeć, żeby się domyśleć, że pięknie pachnie.
Nie żebym miała na tym punkcie jakąś obsesję czy coś, to po prostu było jasne, że pachnie zabójczo.
Nie mogłam oderwać od niego wzroku i kiedy tak stałam oniemiała jego urodą, on prawie na mnie wpadł. Wydawał się zdziwiony, że mnie widzi, jakby wcześniej w ogóle nie zwrócił na mnie uwagi.
– How are you? – zapytał z uśmiechem, łapiąc mnie, nim wywróciłam się do tyłu.
– Eee... – wydukałam bardzo inteligentnie.
Puścił mnie, co zauważyłam z żalem, więc cofnęłam się o krok i nagle wydobył się ze mnie jakiś dziki chichot, za który z miejsca miałam ochotę zapaść się pod ziemię.
– Ty jesteś tym nowym chłopcem? – zapytałam, nim zdążyłam przemyśleć, co ja w ogóle wygaduje.
Chłopcem?! Ugh.
Jego obcokrajowość ewidentnie działała na moją korzyść, bo skinął głową i uśmiechnął się tak szeroko, jakbyśmy brali udział w reklamie pasty do zębów. Odebrało mi mowę. Miałam ochotę oprawić go w ramkę i gapić się na niego do końca życia.
I wtedy do akcji wkroczyła moja BYŁA najlepsza przyjaciółka.
– Hej, Julka! Wszędzie cię szukałam! Dlaczego to nosisz? – zapytała i nim zdążyłam zareagować, zerwała mi czapkę z głowy.
Zamknęłam oczy, błagając o ogromny huragan, który by mnie porwał, ale jak zwykle moje prośby nie zostały wysłuchane i Ola zawołała:
– Matko Boska! Coś ty zrobiła z włosami?!
To mnie upewniło, że wyglądam jak wariatka. Tak więc bez zbędnych wyjaśnień, odwróciłam się na pięcie i pobiegłam do damskiej ubikacji. Ola oczywiście za mną. Złapała mnie za plecak zanim zdążyłam wbiec do kabiny.
– Czekaj! Co się stało?!
Odwróciłam się do niej cała wściekła.
– To, że właśnie upokorzyłaś mnie do końca życia! – zawyłam i wybiegłam stamtąd pędem.
Dotarłam tutaj, ale Ola już mnie nie goniła.
O, kurczę, chyba ktoś wchodzi do szatni.
25 listopada, jakaś 20 godzina, mój pokój
Ostatnio był mój najgorszy dzień, tak? Ha, ha, pobożne życzenia – ten był sto razy gorszy. Kiedy pisałam, że ktoś wchodzi do szatni, miałam rację. Okazało się, że trzecia be właśnie skończyła w–f i wróciła się przebrać. Zastali mnie siedzącą po turecku na jednej z ławek z dziennikiem na kolanach.
– Oho! – zawołał jeden z chłopaków. – Czyja to dziewczyna?
Nikt się, rzecz jasna, nie zgłosił, więc zaczęłam się tłumaczyć:
– Ja... Eee... Niechcący tak tu weszłam... Znaczy, omyłkowo...
– Odjęło jej mowę na widok tylu przystojnych kolesi! – krzyknął chłopak w błękitnych szortach, który wcale urodą nie grzeszył.
– Nieprawda!
Bezczelnie przerwano mi wybuchem śmiechu. Wsadziłam dziennik do torby.
– Wychodzę – oznajmiłam z godnością i ruszyłam w kierunku drzwi.
Jeden z chłopaków, który kiedyś chodził z Honoratą (co z miejsca stawiało go w kategorii: „nieakceptowalny"), zastąpił mi drogę.
– Nie zostawiaj nas tak szybko! Zrobimy ci striptiz, chcesz?
Znowu rozległy się śmiechy, a były Honoraty podwinął mokrą od potu koszulkę i zaczął kręcić biodrami. Odepchnęłam go zirytowana i stanęłam twarzą w twarz z wuefistą – panem Krasińskim. Powiedzmy sobie szczerze: facet niespecjalnie mnie lubi.
– Wagner, do diabła! – zawołał, wskazując na mnie palcem. – Co ty tu robisz?!
– Właśnie wychodzę.
Pan Krasiński podparł się pod boki.
– To, że teraz wyglądasz jak chłopak, nie uprawnia cię do korzystania z męskiej szatni.
Męska część trzeciej be już się nie śmiała, oni wyli ze śmiechu. Wiedziałam, że pan Krasiński zrobił to specjalnie, żeby się przypodobać chłopakom i jednocześnie mi dopiec. Nie cierpiał mnie od podstawówki, kiedy to znokautowałam jego syna za znęcanie się nad moim bratem.
– To, że jest pan nauczycielem, nie uprawnia pana do pastwienia się nad uczniami.
– Nie, ale wiesz do czego mnie uprawnia? Do zaprowadzenia cię do wychowawczyni. – Otworzył drzwi i gestem wskazał na korytarz. – Panie przodem.
Następne pół godziny pani Sokołowska dręczyła mnie werbalnie, a później wpisała mi uwagę do dziennika. Pożegnała mnie słowami:
– Nic z ciebie nie wyrośnie.
Miała rację. Wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że już więcej nie urosnę.
CZYTASZ
Piątek Trzynastego
RomansaJulia Wagner ma pecha. Ogromnego pecha, który prześladuje ją od urodzenia, ale że urodziła się w piątek trzynastego, to nawet już się temu nie dziwi. Ale gdy podpala sobie włosy i musi je ściąć na krótko, szala goryczy się przelewa i Julia postanawi...
