Jest 7 października.
Tak mi się przynajmniej wydaję.
Mój pobyt w szpitalu nie należał do łatwych.
Cieszę się, że wkońcu wychodzę.
Potrafiłem mieć kilka ataków paniki podczas jednej godziny i nie chciałem być sam.
Moja mama próbowała do mnie wrócić.
Wiecie... być moją matką znowu.
Nie wiem czy chciałem tak wracać.
Polubiłem się z Jackiem i czuję się z nim bezpiecznie.
Po za tym miałem przyjaciół, szkołę i pracę w Gotham.
Mało stabilną, ale jednak pracę.
Tu jest mój dom.
Wiadomo, Gotham nie jest najbezpiecznym miejscem na ziemi, ale ma swój urok.
I chyba wraca mi strach.
Wsensie uczucie strachu.
Marcus często mi się śni i bardzo unikam dotyku.
Nie sprawia, że czuję się komfortowo i przyjemnie.
Nie wiem czy mi to minie i czy w ogóle minie.
Dobrze, że Marcus nie żyje.
- Hej - uslyszałem głos Jacka zza pleców. - Gotowy do wyjścia? - zapytał biorąc plecak z moimi rzeczami.
Taaa... miałem złamaną rękę, dziurę w czole i obojczyku, a psychicznie czułem się wyjątkowo źle.
I bolała mnie głowa, ale to moje najmniejsze zmartwienie.
Bardziej przejmuję się tym, że czym dłużej jestem przytomny i w miarę żywy, tymbardziej przypominam sobie o wszystkich traumatycznych wydarzeniach, które wydarzyły się w moim życiu i właśnie chyba dostaję ataku paniki, heh.
- Teagan... - Jack dotknął mojego ramienia. - Wracamy do domu.
- T-tak.. - zająkałem się.
W momencie, w którym otworzyliśmy drzwi wejściowe od szpitala zobaczyliśmy paparazzi.
Byliśmy otoczeni i nie mieliśmy jak przejść.
Było strasznie głośno i przytłaczająco.
- To jest Teagan Crane. - mówiła jakaś dziennikarka. - Jeden z nielicznych żywych ofiar tragedii w Latham.
Próbowaliśmy przecisnąć się przez tłumy reporterów, którzy napierali na nas.
- Opowiedz nam, jak się czujesz? - kolejny zawołał.
Podniosłem zdrową rękę i próbowałem zakryć swoją twarz.
Nadal nie miałem okularów.
Jack obiecał, że jak znajdzie wolną chwilę i poczuję się lepiej to odwiedzimy optyka.
Dzięki Jack, ale teraz uratuj mnie przed tymi paparazzi.
Chcę do domu.
Miałem ochotę płakać.
Droga do samochodu nigdy nie wydawała się tak długa jak dzisiaj.
- Jack... chcę do domu... - wyszeptałem w samochodzie. - Proszę...
Jednak kiedy dotarliśmy do domu wcale nie poczułem się lepiej.
Czułem się tak samo tragicznie, a może jeszcze bardziej.
- Gdzie jest Robin? - zapytałem.
- Z swoją dziewczyną Dickiem - powiedział.
Też przez chwilę zapomniałem, że mielismy drugiego kota o imieniu Dick.
Chyba będzie trzeba jej zmienić imię wiecie?
Dick dla kotki brzmi dziwnie.
- Trochę ich nie dopilnowaliśmy - podrapał się po karku. - I Dick jest w ciąży.
- Co? - spytałem nie dowierzając własnym uszom. - Żartujesz sobie?
- Nie - uśmiechnął się. - Robin będzie miał dzieci.
- O mój boże... - wyszeptałem. - Robiś... Co ty narobiłeś?
- Jest już w ciąży od 54 dni - mówił. - Zostało jej około 2 tygodni.
Po chwili rozbrzmiała się melodia.
Dokładnie dzwonek do telefonu Jacka.
Zawsze irytowała mnie ta muzyczka, wiecie?
- Przepraszam, muszę odebrać - odszedł ode mnie w stronę kuchni.
Westchnąłem i poszedłem do swojego pokoju.
Tak za nim tęskniłem.
Za moim łóżkiem najbardziej.
Jestem taki zmęczony.
Chce iść spać.
Kocham swoje łóżko bardziej od czekolady.
Nagle poczułem jakby ktoś dotykał mojego ramienia.
- Hm? - myślałem, że to Jack, więc obróciłem się, ale nikogo nie zobaczyłem.
Dziwne.
Także wróciłem do próby zaśnięcia i nie obudzenia sie z atakiem paniki.
Jednak długi sen jak najbardziej nie był mi dany, obudził mnie głos pewnej kobiety.
- Gordito, gdzie jesteś?! Ciocia Valeria przyjechała! - słyszałem jej głos.
Ale ja chcę spać.
Nie gadać...
No więc wstałem, chociaż ledwo miałem siłę, ale wstałem.
W kuchni zastałem Jacka i jego narzeczonego oraz ciocię Valerię.
Valeria Sanchez była asystentką Jacka.
Była trochę podobna do Robinsona.
Też wyglądała groźnie, ale jest z niej słodka klucha.
Nie są rodzeństwem i nigdy nie byli.
Jack nie zabardzo lubi gadać o swoich rodzicach, jednak wiem, że byli strasznymi homofobami i cieszył się, że umarli.
Tak samo miał z dziadkami.
Rodzina Matta była całkowitym przeciwieństwem jego.
- Co ci się stało, Gordito? - złapała mnie za policzki.
Oczywiście, że musiała zwrócić uwagę na moją złamaną rękę i bandaż na czole.
- Nic takiego - próbowałem się lekko odsunąć. Nie koniecznie chciałem żeby mnie dotykała.
Wiecie, Marcus i te sprawy...
- Ciocia cię uchroni i ma na to sposoby - uśmiechnęła się do mnie i odsunęła się.
- Val... - zaczął Jack. - On nie wie.
- Aa... - zszedł jej uśmiech z twarzy. - No dobrze.
Potem usiedliśmy i wiadomo jak to jest na początku rozmów.
Zazwyczaj niezręcznie i nie wiadomo co mówić.
- Hej, Tea, wszystko dobrze? - zapytał Jack. - Siedzisz tak już 2 godziny, patrzysz sie w jeden punkt i nie odpowiadasz nam - położył mi rękę na ramieniu.
Wydawał się zmartwiony.
Chciałem mówić, ale nie mogłem.
Nie mogłem się zmusić.
- Teagan - powiedział bardziej twardo. - Martwisz mnie. Powiedz cokolwiek.
Wydawał się zdesperowany, żeby wyciągnąć ze mnie choć jedno słowo.
CZYTASZ
Fear ~ Jason Todd
أدب الهواةKażdy się czegoś boi, prawda? Może być to najmniejsza rzecz na świecie, największa albo dziwna. Ktoś powie, że boi się pająków, ktoś inny, że oceanów, a ktoś jeszcze inny, że nauczycielki od matematyki. Czasami udaje się go przezwyciężyc, jednak ni...
