Po zabraniu Harry'ego do swojego domu i obłożeniu placówki zaklęciami ochronnymi, Syriusz miał pełne ręce roboty. Jednak nie narzekał. Ponad wszystko kochał swojego małego chrześniaka i starał się zapewnić mu wszystko czego mały potrzebował. Mimo obaw przyjaciół Syriusza, którzy wiedzieli, że bywa czasami lekkomyślny, mężczyzna dobrze wywiązywał się ze swoich obowiązków.
Od czasu, kiedy Syriusz przygarnął chrześniaka, minęło już dziesięć lat. Dziesięć długich lat, podczas których, Black starał się wychować Harry'ego najlepiej jak potrafił. Przez ten czas otoczenie praktycznie się nie zmieniło. Dosyć ponura ulica w Londynie – Grimmauld Place, na której stały budynki z szarego kamienia, ludzie zajmujący się swoimi sprawami i szara codzienność. Nic nadzwyczajnego. Wydawać by się mogło, że wszystko jest takie, jakie być powinno, chociaż gdyby ktoś zawitał na tę ulicę i poszukiwał domu z numerem dwanaście, nie znalazłby go. Mieszkańcy już dawno przywykli do zabawnej pomyłki powstałej przy budowie budynków i w efekcie, której obok numeru jedenastego widniał numer trzynaście.
A jednak budynek z numerem dwunastym był na Grimmauld Place, tylko niewidoczny dla nikogo nieproszonego, a tym bardziej dla zwykłych ludzi. W końcu jego mieszkańcy byli czarodziejami i nie mogli się tak po prostu ujawnić. Magia zawsze była dla zwykłych ludzi zagadką i wielu postrzegało ją jako zagrożenie. Od czasów średniowiecznych, kiedy to czarodziejów paliło się na stosach, niewiele się w tej kwestii zmieniło.
***
Harry spał w swojej sypialni na piętrze, lecz obudził się po niedługim czasie. Nie chcąc wstawać zakrył się kołdrą licząc, że załapie jeszcze odrobinkę snu. Bardzo mu się podobało to, co mu się przyśniło, a był to motocykl, który leciał w powietrzu. Jakiś czas później, usłyszał pukanie do drzwi.
- Harry – rozległ się głos jego ojca chrzestnego. - Pobudka.
- Już nie śpię, Syriuszu – odpowiedział nieco zaspanym głosem chłopak.
- W takim razie, dzień dobry. Czekam na dole ze śniadaniem, nie leż za długo, bo cię głowa rozboli.
- Dobrze, dobrze – jęknął Harry przecierając oczy. - Już wstaję. I dzień dobry.
Chłopiec usłyszał jak mężczyzna schodził po schodach i usiadł na łóżku próbując pozbyć się resztek snu. Gdy mu się to udało, sięgnął ręką do szafki nocnej, gdzie leżały jego okrągłe okulary. W końcu wstał z łóżka i, wziąwszy koszulkę i spodnie, powlókł się do łazienki znajdującej się na pierwszym piętrze. Harry wziął szybki prysznic, a potem przemył twarz i jak zwykle spojrzał na swoje odbicie w lustrze wiszącym nad zlewem. Był dość drobnym chłopakiem o dużych zielonych oczach i gęstych czarnych włosach, zawsze rozczochranych, niezależnie od tego jak starał się je uczesać. Przez grzywkę, nad prawym okiem prześwitywała cienka blizna w kształcie błyskawicy.
- Nie wyglądasz tak źle, chłopczyku, chociaż mógłbyś przyczesać włosy – szepnęło lustro i Harry bez słowa chwycił grzebień i zaczął doprowadzać fryzurę do jako takiego porządku.
Nie żeby to coś dało, bo jego włosy zdawały się żyć własnym życiem. Gdy skończył, zszedł na śniadanie. Jak wszedł do kuchni, zobaczył na stole cztery nakrycia, choć w tym domu mieszkał tylko ze swoim ojcem chrzestnym i domowym skrzatem.
- Spodziewasz się gości, Syriuszu? - zapytał Harry.
- Owszem, powinni zaraz być – odpowiedział jego ojciec chrzestny z uśmiechem i dokładnie w tej chwili rozległo się pukanie do drzwi. - O, już są.
CZYTASZ
Warzyciel (Drarry)
FanfictionHarry po śmierci rodziców trafia pod opiekę swojego ojca chrzestnego. Już od najmłodszych lat przejawiał duży talent w zakresie eliksirów. Uwielbiał czytać na temat mikstur, a nawet potrafił przygotować najprostsze z nich. Syriusz bardzo go wspierał...
