S I X T E E N

941 32 0
                                        

- Justin?

- Cześć - mężczyzna uśmiechnął się niewinnie, napinając swoje ramiona. Moje wargi samoczynnie się uchyliły, tworząc charakterystyczne dla zdezorientowania "o". Dopiero po chwili, gdy brew mężczyzny powędrowała w górę, otrząsnęłam się z letargu.

Odchrząknęłam, szybko lustrując go wzrokiem. Miał na sobie cienki, biały T-shirt oraz skórzaną kurtkę. Na jego biodrach wisiały ciemne, przetarte spodnie, a na nogi wsunięte miał szare Supry.

- Co tutaj robisz? - nie miałam bladego pojęcia, co mogło nakłonić go do przyjazdu tutaj. Wykluczyłam go z potencjalnej listy gości Kevina, a wątpiłam, by przyjechał na pogaduszki.

- U mnie w porządku dzięki, że pytasz. Trzymam się dobrze, jak widzisz. Chociaż pobolewa mnie gardło, więc możliwe, że będę cho... - wywróciłam oczami, przerywając mu w połowie zdania. Tak bardzo, jak irytowało mnie jego gadulstwo i żarty, tak bardzo byłam mu za nie wdzięczna. Zawsze rozładowywały napiętą atmosferę między nami i powodowały, że nie czułam się tak spięta.

- Mówię poważnie. Mam dużo pracy - rzuciłam pierwsze, co przyszło mi na myśl. Wymówka najgłupsza z najgłupszych, ale niestety w tym momencie nie było mnie stać na lepszą.

- Zostawiłaś to... - tak naprawdę zauważyłam, że trzymał coś w ręce dopiero wtedy, gdy uniósł ją przed twarz. Moim oczom ukazała się foliowa torba z przyborami, które zostawiłam na dachu wieży pamiętnego wieczoru. W pakiecie z farbami i pędzelkami było również płótno, które oparł o ścianę.

- Oh... - przełknęłam ślinę, w myślach karcąc się za bycie niemiłą dla chłopaka. Chciał po prostu pomóc. Ignorując rumieniec, jaki wskoczył na moje policzki, uchyliłam szerzej drzwi, by wpuścić mężczyznę środka. - Przepraszam - dodałam cicho.

- Nic nie szkodzi, przyzwyczaiłem się do tego, że miewasz swoje humorki - wzruszył ramionami, kierując się do kuchni, gdy wcześniej pokierowałam go, gdzie się znajdowała.

- Wcale nie mam żadnych...

- A, a, a słyszysz? - zamilkłam od razu, nasłuchując potencjalnych dźwięków. Brunet zdążył już odłożyć torbę na stół. Odwrócił się w moją stronę z wyciągniętym do góry wskazującym palcem. - Tak brzmi cisza. Piękne zjawisko.

Skrzywiłam się, spoglądając na niego spod przymrużonych groźnie powiek.

- Zaproponowałabym ci herbaty, ale zdaje się, że musisz już iść - udałam, że mi smutno, łapiąc się na serce. - Wiesz, sprawdzić, czy nie ma cię na przykład za drzwiami - uśmiechnęłam się sztucznie, opierając biodrami o blat. Byłam pewna, że chłopak dorzuci swoje trzy grosze, jednak on tylko się roześmiał, łapiąc na brzuch.

- Jesteś w tym beznadziejna, ale szybko się uczysz - przyznał, pstrykając palcami.

- Od najlepszych.

- Ale w sumie masz rację... Miałem wstąpić jeszcze na zakupy, więc będę się już zbierał - oznajmił, przygryzając dolną wargę. Uśmiechnął się delikatnie, zanim powolnym krokiem wyszedł z kuchni. - Do zobaczenia Carmen!

- Miejmy nadzieję jak najszybszego! - odkrzyknęłam, odpychając się od blatu. Złapałam za płótno i farby, zabierając je do własnej pracowni.

- Z naszym szczęściem nic nie jest przesądzone! - usłyszałam jeszcze na odchodne, przez co zachichotałam cicho. Tak, zdecydowanie wszechświat nas nienawidził...

Otworzyłam drzwi od swojego gabinetu, w którym zdarzało mi się zarwać niejedną noc. Odłożyłam farbki do odpowiedniej szuflady, a pędzle do pojemniczka na nie przeznaczonego. Podobnie uczyniłam z ołówkami. Płótno położyłam na stole i już miałam się odwracać, gdy zza moich pleców doszedł do mnie odgłos pukania.

DOUBLE WEDDING ✔Opowiadania do pokochania. Odkryj je teraz