– Naprawdę myślisz, że te obrazki mają tysiąc lat? – spytał Niels.
– Nie mam pojęcia – odpowiedział Mikkel, nie odrywając wzroku od przyłożonej do kamienia kartki, którą stopniowo zarysowywał ołówkiem. – Mogą mieć osiemset, co za różnica? Na pewno są stare.
– Ale to nie dziwne? – Niels poprawił się na ziemi, uniósł brzuch i wyjął spod siebie szyszkę, po czym jeszcze raz podniósł głowę i omiótł spojrzeniem okolicę. – Skoro ci, którzy wyryli to w kamieniu, już wtedy znali to zwierzę, to ile ono może mieć lat?
– Niepowiedziane, że to jest to samo zwierzę.
– Myślisz, że jest ich więcej?
– Możliwe.
– Całe stado?
– Możliwe.
– To czemu tak mało osób do tej pory je widziało?
Mikkel oderwał rękę od kartki i spojrzał na leżącego u szczytu parowu Nielsa.
– Wiem tyle co ty – powiedział zniecierpliwiony. – Najwyraźniej znalazły jakiś sposób, żeby przetrwać do naszych czasów. Przez setki lat miały całą wyspę dla siebie. Może jest ich więcej, a może ten, którego widzieliśmy w zeszłym tygodniu jest ostatnim z gatunku. Daj mi na razie spokój, muszę to skończyć. I pilnuj, czy ktoś nie idzie.
Powiedział „ktoś”, chociaż doskonale wiedział, że nikt z mieszkających na wyspie tu się nie zapuszcza, bo nie ma po co. Nawet robotnicy chodzili pić bliżej osiedla albo niedaleko elektrowni. A oni w tej chwili byli daleko od tych miejsc. Tu zagrożeniem nie był „ktoś”, a „coś”. Z jakiegoś dziwnego powodu nie chciał tutaj rozmawiać o tym zwierzęciu. Nie chciał przez przypadek go wywołać, w jakiś przedziwny sposób sprowadzić myślami. Nie podobała mu się ta nowo odkryta w sobie przesądność i nie chciał jej się poddawać, ale w tym miejscu to było silniejsze od niego. Już pierwszego dnia ustalili, że na poszukiwania po lesie żaden z nich nie będzie wybierać się w pojedynkę. Plan był taki, że gdyby znów zostali zaatakowani, rozdzielą się i jeden z nich pobiegnie po pomoc, a drugi będzie starał się przeżyć tak długo, jak się da. W tym celu przygotowali sobie długie kije o zaostrzonych końcach, które miały im służyć do obrony. To było prymitywne rozwiązanie, ale lepsze to niż nic.
Przyłożył kartkę do kamienia i wrócił do zarysowywania jej powierzchni, aby sposobem, który znał z książek szpiegowskich, odkryć kontury zatarte przez czas, niewidoczne już gołym okiem. Przez krótką chwilę pracował w skupieniu, jednak po kilkunastu sekundach z góry parowu padło kolejne pytanie:
– Ale co one jadły przez te wszystkie lata? Przecież na wyspie prawie wcale nie ma zwierząt.
– Może właśnie dlatego ich nie ma – mruknął pod nosem Mikkel. – Bo wszystkie zostały zjedzone. A teraz wymierają drapieżniki, naturalna kolej rzeczy.
– Myślisz, że trwałoby to aż tyle lat? W sensie, zjedzenie wszystkich zwierząt na wyspie? Jeśli tych panter było całe stado, to pewnie pożarłyby inne zwierzęta w ciągu jednego życia. Nie starczyłoby już nic dla następnego pokolenia.
– Czemu je tak nazywasz?
– Jak?
– Pantery. Nie mamy pojęcia, czy to są pantery.
– No, niby nie. Są większe od panter. To znaczy nigdy nie widziałem pantery na żywo, ale tak mi się wydaje. Nie są takie duże, jak te tutaj.
– To czemu tak je nazywasz?
– A jak mam nazywać? Najbardziej przypominają pantery. Nie wymyśliliśmy dla nich innej nazwy. A może to jakiś dawny gatunek pantery, któremu udało się przetrwać do teraz? Wiesz, z czasów dinozaurów, kiedy wszystkie zwierzęta były większe.
CZYTASZ
Azyl
Misteri / ThrillerLata 50. XX w. Dwie rodziny osiedlają się na małej bałtyckiej wyspie Waldenholm oddanej niedawno pod osadnictwo cywilne. Choć Martinsenów i Fischerów różni praktycznie wszystko, bardzo szybko będą musieli znaleźć wspólny język, aby przezwyciężyć gr...
