12. Niezdobyta twierdza

15 1 0
                                        

Po skończonym śniadaniu Jacob założył swoją oliwkową marynarkę i kapelusz i ruszył do wyjścia.

– Nie zapomnij o cukrze z zeszłego tygodnia – usłyszał jeszcze z kuchni głos Very.

– Będę pamiętać – odkrzyknął już spod drzwi.

Poniedziałek to tradycyjnie już dzień dostaw. Około trzynastej przybija prom z Temsted. Przywożą głównie materiały budowlane, ale też jedzenie i środki higieny dla dwóch mieszkających na Waldenholmie rodzin. Vera tydzień temu zamówiła zapas cukru na najbliższy miesiąc. Towar miał być dostarczony w piątek, ale ostatecznie nie dotarł. Kapitan tłumaczył, że tego dnia mieli spory ładunek do przewiezienia i musieli z wielu rzeczy zrezygnować, żeby łajba nie poszła na dno. O dziwo, Vera przyjęła tę wiadomość nadzwyczaj spokojnie. Nieoczekiwanie szybko się tu zaadaptowała i po ponad dwóch miesiącach mieszkania na wyspie trudności takie jak te wcale jej już nie zaskakiwały. W końcu czym był brak cukru przez kilka dni w porównaniu z wielogodzinnymi przerwami w zasilaniu przy każdej większej wichurze, a do tego wszyscy domownicy też już zdążyli się przyzwyczaić.

Dzień był pochmurny, ale ciepły. Jacob otworzył kłódkę i odchylił szeroko obydwa skrzydła bramy. Ogrodzenie wokół domu to z kolei rzecz, do której rodzinę było najtrudniej przekonać. Dzieci nie chciały mieszkać za drucianymi kratami, a Vera po prostu nie mogła zrozumieć, czemu to ma służyć. Oczywiście nie powiedział im nic o historii z czarnym zwierzęciem – nie chciał ich niepokoić, zwłaszcza dzieci – dlatego tym trudniej było mu znaleźć dobre argumenty. Mimo wszystko był nieustępliwy i ostatecznie dzieci uznały autorytet ojca, a Vera chyba stwierdziła, że to kolejny przejaw jego nadopiekuńczości (albo lekkiej paranoi) i w końcu też zaakceptowała ten pomysł.

Wsiadł do samochodu i zapalił silnik. Wyjechał za bramę, zatrzymał się, wysiadł, zamknął ją, po czym wrócił do auta. Ruszył powoli w dół kamienistej drogi okalającej wzniesienie. Nieważne, co sobie o nim myśleli. Najważniejsze, że on wiedział, że ma rację. Zagrożenie jest realne, nawet tutaj, a ich dom musi być niezdobytą twierdzą. Wyjechał na główną drogę i ruszył kamienistym traktem na zachód, w stronę przystani, zostawiając za sobą zielone wzgórze z biało-błękitnym domkiem.

AzylOpowieści tętniące życiem. Odkryj je teraz