35. Jak najmniejsze zło

20 1 14
                                        

Vera nie miała zamiaru czekać. Wróciła na korytarz i stanęła przy wejściu do piwnicy.

– Niels! – zawołała.

Chłopiec wbiegł po schodach, oświetlając sobie drogę latarką.

– Zamknij drzwi od piwnicy – rozkazała. – Ja zaraz wrócę, pójdę tylko po resztę leków.

– Światło zgasło.

– Wiem, daj mi latarkę. Oszczędzajcie baterie. Zapalcie świeczki.

– Pani Fischer nam nie pozwala.

Vera westchnęła.

– Jak przyjdę to z nią porozmawiam. Zamknij te drzwi. Będę pukać.

Zabrała synowi latarkę i poprawiła sobie torbę na ramieniu.

– A jak zejdę? – spytał Niels.

– Nie schodź, czekaj tu na mnie. Ja zaraz wrócę, muszę tylko znaleźć te leki.

– Dobra.

– Pamiętaj, nie otwieraj drzwi, dopóki nie wrócę.

Chłopiec skinął głową, po czym zamknął metalowe drzwi, zaryglował zamki i przesunął zasuwę. Vera wbiegła po schodach na piętro. Jednak nie skierowała się od razu do pokoju Nielsa. Poszła najpierw w prawo, do pokoju Ingi, gdzie Jacob trzymał zapas świeczek. Nie wiedziała, ile czasu spędzą w piwnicy, ale lepiej przygotować się na wszystko. Weszła do środka i od razu poświeciła na okno. Znajdowało się na północnej ścianie, więc wiejący z zachodu wiatr mu nie zagrażał. Gdy projektowali ten pokój, Inga zaznaczyła, że musi mieć okiennice, dlatego tego okna jako jedynego nie trzeba było dodatkowo barykadować. Vera odetchnęła z ulgą – i szyby, i okiennice były nienaruszone. Otworzyła szafę, podstawiła sobie krzesło i sięgnęła na najwyższą półkę. Odsunęła na bok karton ze starymi zabawkami i sięgnęła głębiej. Wyczuła trzy opakowania świeczek. Szybkim ruchem wrzuciła je do torby.

Coś ciężkiego uderzyło z impetem o podłogę w salonie. Vera znieruchomiała, starała się nawet nie oddychać. Przez dziesięć kolejnych sekund czekała na jakikolwiek inny dźwięk, który mógłby potwierdzić, że na parterze ktoś był, ale wycie wiatru zagłuszało wszelkie cichsze odgłosy. W końcu zeszła ostrożnie na ziemię i wyjrzała na korytarz. Nie mogła tracić więcej czasu. Widziała, że na piętrze na pewno było pusto. Ruszyła szybkim krokiem w stronę pokoju Nielsa. Gdy mijała schody, zwolniła nieco i poświeciła latarką w dół. Korytarz na parterze też wydawał się zupełnie pusty. Skierowała snop światła z powrotem w stronę otwartych drzwi pokoju.

Widziała zasłony po obu stronach okna, które pęczniały i falowały przy kolejnych podmuchach wiatru. Szafa w dalszym ciągu pochylała się nisko nad biurkiem, przytrzymywana tylko przez jeden pas u dołu. Walizka z lekami leżała przewrócona przy łóżku. Vera otworzyła ją i sprawdziła, czy nic się nie stłukło. Na szczęście szklane fiolki z morfiną i antybiotykiem były nietknięte. Przełożyła wszystko do swojej torby, po czym wstała i wróciła na korytarz. Zaczęła ostrożnie schodzić w dół schodów.

Gdy zostało jej już tylko kilka stopni do pokonania, dla pewności poświeciła latarką w głąb korytarza. Było pusto, nie zauważyła nic, co wskazywałoby na obecność intruza, żadnych błotnistych śladów na podłodze, których podświadomie się spodziewała. Na oślep postawiła stopę na ostatnim stopniu. Jednak stanęła tak niefortunnie, że stopa ześlizgnęła się z krawędzi stopnia i uderzyła bokiem o drewnianą podłogę. Vera poczuła chrupnięcie w kostce i zaraz potem przeszywający, ostry ból. Odruchowo chwyciła się poręczy, żeby za wszelką cenę nie stracić równowagi.

Zagryzła wargi i spróbowała wziąć głęboki wdech. Ruszyła prawą stopą, ale gdy tylko spróbowała na niej oprzeć część ciężaru ciała, syknęła z bólu. Spojrzała przed siebie. Od drzwi piwnicy dzieliło ją dobrych pięć metrów. Musiała się tam dostać jak najszybciej. Jeśli to zwierzę było w domu, to ona już była martwa. Teraz stanowiła doskonały cel.

AzylOpowiadania do pokochania. Odkryj je teraz